31.10.06

Kto wywołał wojnę mediów? Politycy czy sami dziennikarze?

Czy każdy dziennikarz, który krytykuje rząd, automatycznie staje się zwolennikiem Platformy? Czy publicyści popierający projekt budowy IV RP to funkcjonariusze PiS? Czy wolność słowa jest zagrożona, czy kwitnie? Dlaczego brutalna wojna polityczna przeniosła się na świat mediów? - pyta w „Newsweeku" Paweł Siemieński, w rozmowie z Tomaszem Lisem z Polsatu i prezesem TVP Bronisławem Wildsteinem.

Dlaczego dziennikarze czują się dziś zmuszeni do opowiedzenia po jednej ze stron konfliktu politycznego? - pyta Paweł Siemieński.

Tomasz Liś: „PiS zakwestionował podstawowe wartości. Kiedy bardzo ważny polityk w Polsce mówi, że nie ma wolnych mediów, jeśli rządząca koalicja obsadza stanowiska w mediach publicznych według czysto politycznego parytetu, a po opublikowaniu nagrań z pokoju Renaty Beger politycy tej partii brutalnie insynuują, że stoją za tym WSI, to elementarna przyzwoitość każe powiedzieć: nie. Dlatego wielu dziennikarzy poczuło się w obowiązku opowiedzieć się po jednej stronie. PiS ma skłonność do upatrywania wrogów we wszystkich, którzy nie idą z nimi ręka w rękę. I przez to wielu dziennikarzy ląduje po drugiej stronie barykady"

Bronislaw Wildstein: „Różne rzeczy w Polsce się zmieniają, ale nie jedno: wciąż trwa bal przebierańców, jesteśmy w królestwie Tartuffe'a, bohatera "Świętoszka" Moliera. Do respektowania reguł moralności nawołują ludzie najczęściej je przekraczający, a wolności domagają się ci, którzy usiłują ją stłamsić".

Jak funkcjonuje nasz internetowy DNA, czyli mapa naszej cyfrowej tożsamości


Tożsamość cyfrowa każdego z nas składa się z danych formalnych (e-mail, adres IP...) i nieformalnych (blog, komentarze, zdjęcia, wideo...). Wszystkie te informacje funkcjonują jak geny, tworząc nasz cyfrowy DNA - pisze znakomity francuski ekspert Fred Cavazza, który stworzył „mapę tożsamości cyfrowej" (na zdjęciu powyżej).

Oto lista naszych „cyfrowych genów" sporządzona przez Cavazzę:
Znakomita anliza, która systematyzuje naszą wiedzę o - jak sie okazuje już całkiem dobrze rozwiniętej - internetowej tożsamości.

Źródło: blog Fred Cavazza

> Tag: , . , , , , , , , , , , , , , , , ,

Linki 31.10.06

30.10.06

Mecom zaczyna zwalniać i ciąć brutalnie koszty w „Rzeczpospolitej" i w swoich gazetach regionalych

Brytyjski fundusz inwestycyjny Mecom, który kupił norweską grupę prasową Orkla Media z jej polskimi gazetami: „Rzeczpospolitą" i jedenastoma dziennikami regionalnymi, zaczyna brutalnie ciąć koszty. Cel: poprawić wyniki finansowe swoich gazet i drukarni przed odsprzedaniem ich innemu nabywcy, prawdopodobnie w 2007 r.

Pierwszym znaczącym sygnałem tego wyścigu z czasem jest zwolnienie przez „Rzeczpospolitą", zapowiedziane przez redaktora naczelnego Pawła Lisickiego, 49 dziennikarzy, w tym kilku dziennikarzy z wysokimi pensjami.

To nie pierwsze i z pewnością nie ostatnie zwolnienia w Presspublice, wydawcy „Rzeczpospolitej". Może ona w sumie zwolnić nawet ponad 10% swoich pracowników w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Spróbuje ona zrobić to jednak falami, nie za jednym razem, by uniknąć skomplikowanych - i niekorzystnych dla wydawcy - procedur "zwolenienia grupowego".

Równolegle zaczęły się już dyskretne cięcia kosztów w polskich gazetach regionalnych Mecomu. Niektóre z nich redukują nawet wydatki w swoich oddziałach terenowych i dodatkach lokalnych.

To chyba nie jest dobra wiadomość dla potencjalnego nabywcy, który będzie musiał odbudować i oddziały, i dodatki, bo to właśnie dzięki nim sprzedają sie gazety regionalne.

> Wiedzieć więcej:
Nadchodzi fala zwolnień w polskiej prasie
Polski rynek mediów dopiero wchodzi w strefę turbulencji


> Tag: , , , , ,

Linki 30.10.06

Jak internauci i dziennikarze wykorzystują mapy Google do tworzenia lokalnej informacji


Mapy - narzędziem dziennikarstwa obywatelskiego i agencji nieruchomości? Jak najbardziej! Google Maps czy Yahoo Maps stają się już teraz w USA środkiem ekspresji internautów i agentów sprzedających domy i mieszkania. Nanoszą oni na mapy informacje, które mogą zainteresować innych mieszkańcow, potencjalnych nabywców i lokalne gazety.

Powstają tzw. mashup'y (definicja po angielsku i po francusku), czyli połączenie kilku rodzajów informacji, lub/i serwisow informacyjnych. Na razie, najczęściej używanym składnikiem mashup'ów są interaktywne mapy, jeden z serwisów epoki Web 2.0, nowego pokolenia internetu.

E-Media Tidbits cytuje przykład dwóch amerykańskich blogów, które wykorzystują mashup'y do tworzenia lokalnej informacji:

Oba blogi zamieszczają lokalne mapy zaznaczając na nich miejsca, gdzie stały zburzone domy, wraz z ich zdjeciami i datą zburzenia. Powstaje w taki sposób archiwum lokalnej architektury generowane oddolnie przez samych mieszkańców, w tym wspomnianych już agentów nieruchomości.

Mapy mogą być też użyte do zaznaczania miejsc, w których coś się dzieje, np. pokaz mody, koncert, lub częste przestępstwa. Berkeley Crime Log wyspecjalizował się właśnie w pokazywaniu miejsc zbrodni w Berkeley.

To klasyczny mashup oparty na Google Maps. Nie znajdziemy tu - jeszcze nie - newsów o zbrodniach z ostatnich godzin, ale z ostatnich dni czy tygodni. Dla mieszkańców Berkeley to ciekawe i oryginalne źródło informacji, a dla dziennikarzy - tematy na artykuły.


Inny przykład mashup'a o tematyce kryminalnej: chicagocrime.org (na zdjeciu powyżej). Jak sama nazwa wskazuje, znajdziemy tu informacje o przestępstwach popełnionych w Chicago bazujące na źródłach policyjnych (1,2 mln odkryć w ciagu pierwszych dwoch tygodni od otwarcia serwisu).

Na chicagocrime.org informacje są precyzyjnie skategoryzowane wg kilku kryteriów:
  • rodzaju przestępstwa, np. napad z bronią w ręku, lub gwałt
  • ulica
  • data
  • kod pocztowy dzielnicy
  • droga etc.
Oto przykłady innych ciekawych mashup'ów:
W serwisie Celebrity Maps (zdjęcie poniżej) internauci mogą nawet śledzić na bieżąco zmiany miejsca zamieszkania gwiazd.


Atrakcyjnie prezentuje się też serwis 24 Map telewizyjnego serialu „24 godziny" (zdjęcie poniżej). Został założony przez fanów serialu na stronach witryny Ning. gdzie każdy może stworzyć swój serwis społecznościowy, zdjeciowy, wideo, mashup etc.


Mashup'y są przykładem narzędzia jakie tradycyjne media mogą dostarczyć swojemu czytelnikowi oprócz informacji. Bo tradycyjne media, piszę o tym często na Media Cafe, muszą przejść przejść ewolucję od firmy, która porządkuje i organizuje informację (news organization) do firmy, która dostarcza narzędzi komunikacji pomocnych ludziom i firmom w dokonaniu wyboru (use organization) i we współtworzeniu informacji.

Moim zdaniem polscy dziennikarze, redaktorzy, a także działy reklamy w gazetach, np. do ogłoszeń z segmentu nieruchomości, powinny zacząć interesować się mashup'ami tego typu.

Inne pomysły na mashup'y?

> Tag: , , , , , , , , , ,

29.10.06

Młodzi Polacy najbardziej lubią telewizję, reklamy i internet, najmniej - gazety

Młodzi Polacy lubią spędzać wolny czas przed telewizorem, choć przyznają, że nie znoszą wiadomości i, że reklamy są „fajniejsze" niż reszta programów. Gazet codziennych nie czyta ani nawet nie przegląda blisko 40 proc. nastolatków, a najbardziej wiarygodnym źródłem informacji jest dla nich Internet.

Tak wynika z badań przeprowadzonych dla Canal+ Cyfrowego przez PBS DGA - informuje portal medialny Media 2.


Telewizja - to najlepszy sposób na spędzanie wolnego czasu nastolatków i drugie, po internecie, medium pod względem wiarygodności dostarczanych informacji:
  • 73 proc. młodzieży w wieku 11-18 lat ogląda telewizję przez co najmniej dwie godziny dziennie,
  • 30% nastolatków robi to co najmniej przez 3 godziny w ciągu doby.
  • najdłużej - ponad 4 godziny - przed telewizorem przebywają gimnazjaliści.
W telewizji najchętniej lubią oglądać filmy (61 proc.), mniej seriale, sport i teledyski (29-26 proc.), prawie w ogóle wiadomości (zaledwie 3 proc.).

Radio cieszy sie mniejszym powodzeniem niż telewizja:
  • co czwarty nastolatek słucha radia rzadziej niż raz w tygodniu.
  • zainteresowanie tym medium wzrasta z wiekiem - przynajmniej 2 godziny dziennie radia słucha 12 proc. 11-13-latków, co czwarty przedstawiciel grupy 14-16-latków (24 proc.) i aż jedna trzecia 17-18-latków (32 proc.).
Prasa jest jeszcze mniej popularna wśród młodzieży:
  • gazet codziennych nie czyta ani nawet nie przegląda blisko 40 proc. badanych nastolatków,
  • bierze je do ręki codziennie tylko co dziesiąty młody człowiek.
  • Tylko 3 proc. ankietowanych czyta codziennie magazyny dla dzieci i młodzieży. Co czwarty nastolatek deklaruje, że nie robi tego nigdy.
Co ciekawe, tylko nieliczni respondenci są skłonni przyznać, że wierzą w to, czego dowiadują się z prasy.

Internet jest najmniej powszechną formą spędzania wolnego czasu:
  • aż 20 proc. nastolatków nie korzysta z niego w ogóle, co może wiązać się z ograniczoną dostępnością tego medium zwłaszcza w mniejszych miejscowościach.
  • Jednocześnie jednak aż co trzeci młody człowiek deklaruje, że zagląda do sieci codziennie. W tej grupie 40 proc. badanych spędza w ten sposób 1-2 godziny dziennie, 35 proc. - od 2 do 4 godzin, a aż 22 proc. korzysta z internetu dłużej niż 4 godziny.
Dla większości badanej młodzieży najważniejszym zadaniem mediów jest dostarczanie im:
  • rozrywki (72 proc.),
  • filmów (56 proc.),
  • muzyki (45 proc.
Aż 41 proc. nastolatków szuka w mediach programów edukacyjnych. Młodzi ludzie chcą także więcej informacji (36 proc.), ale nie nt. polityki czy gospodarki, lecz rozrywki, sportu, zdrowia, mody i urody.

Badanie zostało przeprowadzone w marcu i kwietniu 2006 r. przez PBS DGA na zlecenie Canal+ Cyfrowy na ogólnopolskiej, reprezentatywnej próbie (osoby w wieku 11-18 lat).

Źródło: Media 2

> Tag: , , , , ,

Linki 29.10.06

Francja: Wydawnictwo Bayard uruchamia blog wydarzeniowy na Wszystkich Świętych


Z okazji Wszystkich Świętych, francuska grupa prasowa Bayard, wydawca m. in. katolickiego dziennika „La Croix", tygodnika „Le Pelerin" i wortalu Croire.com, uruchomiła blog wydarzeniowy o śmierci i o świątecznych zwyczajach.

Blog Toussaints (Wszystkich Świętych) jest pisany przez cztery osoby:
  • Sophie de Villeneuve, redaktor naczelną wortalu Croire.com
  • René Poujol, dyrektora redakcji „Pèlerin",
  • Jean-Luc Pouthier, dyrektora redakcji magazynów „Le Monde de la Bible" (Świat Biblii) i „Croire Aujourd’hui" (Wierzyć dziś),
  • ojca Jacques Nieuviarts, biblistę.

Wpisów jest zaledwie kilka, ale czytelnicy już je komentują. Na blogu zajawiony jest raport nt. Wszystkich Świętych opublikowany w Croire.com i „Pelerin", z odsyłaczami m. in. do forum.

W taki oto prosty sposób wydawca promuje jednocześnie 3 swoje produkty: dwa papierowe i jeden internetowy. Ich tytuły figurują w prawym gornym rogu winiety tytułowej bloga (zdjęcie u góry) ilustrowanej fragmentem zdjęcia z okładki bieżącego wydania „Pelerin" (zdjęcie obok). To przykład na mądrze zaplanowaną synergię między produktami print i online.

Katolicki Bayard nieźle sobie radzi na rynku prasy francuskiej, choć wierzących i praktykujących katolików jest w tym kraju jest jak na lekarstwo, podczas gdy w Polsce jest dokładnie odwrotnie.

W naszym kraju, kościoły są pełne, w przeciwieństwie do Francji, ale jedynie „Głosowi Niedzielnemu" i „Tygodnikowi Powszechnemu", nie mówiąc o trudno katalogowalnym zjawisku Radia Maryja, udaje się utrzymać mocną pozycję na rynku prasowym. Z tego rynku zszedł niedawno zapowiadany jako chadecki tygodnik „Ozon".

> Tag: , , , , , , ,



Co to jest Web 2.0 (1)



Web 2.0, czyli nowa generacja internetu, opisany w 5 minutowym wideo.

> Tag: ,

26.10.06

Internet jest rewolucją, która zmienia reguły gry w mediach raz na zawsze



A ile mogę na tym zarobić? - zapytał mnie kilka dni temu znajomy wydawca, którego próbowałem przekonać do jak najszybszego wprowadzenia swoich tytułow do internetu. - Nie pytaj ile możesz zarobić, pytaj ile i jak szybko możesz stracić - odpowiedziałem.

Nie powiedziałem, że stracić może wszystko, bo by mi nie uwierzył, gdyż reklama wali dziś do jego gazet drzwiami i oknami. A jutro? Nie wiadomo, w tej grze stawką jest bowiem przeżycie całego biznesu gazet papierowych i to nie tylko w USA, ale także w Europie i w Polsce.

Profesor Robert G. Picard, jeden z największych specjalistów ekonomiii mediów na świecie, dyrektor Media Management and Transformation Centre w Szwecji (Jönköping International Business School), nie obawia sie, że prasa nagle zniknie, zmieciona przez internetowy huragan. Obawia sie, że może nie zdążyć z wprowadzaniem zmian.

Picard dowodzi, że im szybciej wydawcy zaczną wprowadzać zmiany, tym większe mają szanse, że im się uda. To jeden z tematów często poruszanych przeze mnie na blogu Media Cafe i w wywiadach prasowych. Podpisuję się więc pod analizą Picarda obiema rękami.

Oto główne tezy sformułowane przez Picarda i naszkicowane na wykresie powyżej:

1. Prasa będzie powoli, ale stopniowo, tracić czytelników.
  • Dochody w biznesie prasowym będą spadać w miarę jak konsumenci będą adoptować nowe technologie. Oni nie robią tego jednak w sposób nagły, lecz powoli i sukcesywnie.
  • Spadek sprzedaży gazet spowoduje automatycznie redukcję kosztów produkcji, głównie papieru. Ale części kosztów stałych nie da się wyeliminować i przy zmniejszających się nakładach, w pewnym momencie koszty mogą być większe niż dochody.
2. Konwergencja sprawdza sie w krotkiej i średniej perspektywie czasowej.
  • Oszczędności skali i strategia multimedialna, czyli konwergencja, pozwalają w pierwszym okresie zrekompensować utratę przychodów z wersji papierowej gazety. Niemniej jednak spadek tych przychodów i koszty papieru obciążają bilans wspólnych operacji print i online. Tu również przychodzi moment, kiedy print staje się niedochodowy. Najbardziej zagrożone są w tym przypadku gazety ogólnokrajowe i duże gazety regionalne, mniej - gazety lokalne, gminne i powiatowe - wynika z badań Picarda.
3. Inwestycja w nowe media powinna być dokonana jak najszybciej.
  • Widać to dobrze na wykresie. Zielona linia pokazuje, że im szybciej organizacja (wydawnictwo, grupa medialna, radio, stacja telewizyjna...) zacznie eksperymentować z nowymi produktami i nowymi usługami, tym większe ma szanse, by zacząć na nich szybciej zarabiać. Pozytywny przykład z naszego rynku: portal Onet, który zawarł alians strategiczny z FON, by razem wdrażać w Polsce bezprzewodowy dostęp do internetu, Wi-Fi.
  • Reklama będzie coraz szybciej migrować do nowych mediów online, ze względu na spadek sprzedaży prasy (której czytelnicy stają się użytkownikami produktów i usług online) i ograniczone możliwości absorpcji reklamy przez telewizję, mimo kablówek. Zyskuje internet, najwięcej tracą prasa i radio, najmniej telewizja - statystyki na całym świecie potwierdzają tę tendencję.
Picard uprzedza jednak, by nie popełnić błędu i przypadkiem nie „zabić" gazety zbyt wcześnie. To wersja papierowa generuje przecież ciągle najwięcej przychodow i to dzięki niej zbudujemy produkty online, które z czasem przejmą rolę lokomotywy w całym biznesie medialnym. Prasa wytrzyma jeszcze pewien czas konkurencję z internetem. Jak długo? To zależy od rodzaju tytułu i kraju. Najważniejsze - mówi Picard - to skoncentrować siły i środki, by jak najdłużej powstrzymać schyłek papieru.

Tylko uwaga - podkreśla Picard, powstrzymywanie schyłku papieru nie może być jedynym celem wydawcy i w żadnym przypadku nie zastąpi solidnej strategii wydawniczej opartej na synergii print-online. Nie zastąpi jej też redukcja kosztów i konwergencja operacji print i online.

„The current strategies of publishing companies to gain economies of scale and scope, to move into cross-platform content provision, and to maximize return across a portfolio of content products will be effective only for the short-and mid-term", mówi Picard.


Wydawcy powinni wiec jak najszybciej zainwestować w nowe media, powinni jak najwięcej próbować, eksperymentować i testować nowe pomysły w internecie w celu wypracowania optymalnego modelu reklamowego i sponsoringowego. Przy okazji, pojawią się inne, nowe modele biznesowe, które z czasem mogą okazać się bardzo skuteczne.

Picard stawia sprawę jasno: czas gra na niekorzyść wydawców. W pewnym momencie będzie już za późno. Wystarczy przesunąć w czasie początek zielonej linii na wykresie, by zrozumieć dlaczego.

Myślę, że to przestroga dla wydawców, którzy czekają na cudowną receptę, na „inwestora strategicznego", który rozwiąże ich nie do końca sformułowane problemy jednym pociągnięciem czarodziejskiej różdżki. To przestroga dla wydawców, którzy zwlekają z wejściem do internetu, gdyż skupili całą swoją energię na próbie hamowania tego, czego zahamować już się nie da.

Dlaczego Google kupił za 1,65 mld dolarów YouTube, który nie zarabia ani grosza, a nie „New York Times", który nie może opędzić się dziś od reklamodawców? Bo Google nie chciał kupić business modelu, którego czas życia jest ograniczony. Zapłacił niewyobrażalną kwotę za firmę, która ma potencjał liczony w setkach milionów użytkowników w jednym z najbardziej dynamicznych segmentów internetu - wideo, i gdzie produkcja kontentu jest tania. Google eksperymentuje, to jego siła.

Z tych samych powodów aukcyjny potentat eBay za 2,6 mld dolarów kupił Skype, firmę z branży telefonii internetowej, a magnat prasowy Rupert Murdoch zainwestował 580 mln dolarów w serwis społecznościowy MySpace.

Mimo smutnych doświadczeń z czasów pierwszej bańki internetowej na początku lat 2000., kiedy boom inwestycyjny zakończył się krachem, eBay i Murdoch wierzą w potencjał start-up'ów ery Web 2.0, nowego pokolenia internetu, bo wiedzą, że sytuacja jest dziś diametralnie inna. Są konkretni internauci-konsumenci, i to coraz więcej, są rewelacyjne aplikacje internetowe, ludzie zaczynają nawet powoli rozumieć jak działaja RSS-y, zaczynają pojawiać się pieniądze z reklamy.

W mediach tradycyjnych w Polsce, jak i gdzie indziej na świecie, pracują tysiące ludzi inteligentnych i wykształconych, setki błyskotliwych dziennikarzy i menadżerów. Dlaczego wydawcom prasowym tak trudno uwierzyć, że gra toczy się o najwyższą stawkę? Dlaczego nie potrafią zainicjować innowacyjnych rozwiązań, a raczej dlaczego robią to tak rzadko? - zastanawiamy sie często z moim przyjacielem, Jeffem Mignonem. W polskim pejzażu medialnym, tylko TVN, Agora i - w skromniutkim zakresie - Polskapresse, no i może rozblogowana „Polityka", wrzuciły drugi bieg.

Odpowiedzi można szukać w książce pt. „An Army of Davids" Glenn'a Reynolds'a (pisałem o niej na Media Cafe) i w analizach Claytona Christensena, profesora Harvard Business School, autora m. in. książek The Innovator's Dilemma i The Innovator's Solution.

Christensen uważa, że we wszystkich branżach przemysłu istnieje pewna stała w momencie kiedy jakaś rewolucyjna innowacja wpływa na zmianę reguł gry: wielkie firmy bardzo często nie dostrzegają tego co widzą mniejsze, nie widzą konieczności szybkich zmian i wypadają z zakrętu. To syndrom Kodaka.

Internet nie jest nowym medium, ale platformą wymiany informacji, usług i aplikacji online między użytkownikami, dzięki czemu tworzy się coś w rodzaju wspólnej inteligencji, uważa Tim O'Reilly, autor terminu Web 2.0. To prawda. Internet nie jest nowym medium, jak radio czy telewizja, ani narzędziem do publikacji treści (teksty, wideo, zdjęcia...), o czym święcie przekonanych jest setki menadżerów i dziennikarzy.

Internet jest rewolucją, która zmienia reguły gry raz na zawsze, jestem o tym przekonany. Christensen nazywa taką rewolucję „disruptiv innovation" („Disruption is good"), co przetłumaczyłbym na szybko jako „innowację perturbującą" (definicja Wikipedii, lub Institut Arbeitswirtschaft und Organisation). I właśnie ponieważ perturbuje ona wizje biznesu kompetentnych skądinąd menadżerów i analityków, odrzucają ją oni, jak w przypadku Web 2.0, z pobłażaniem traktując ten nowy etap w życiu internetu jako humbug.

Christensen tłumaczy, że - paradoksalnie - kompetencje zawodowe stają się w przypadku zmian ekstremalnych przeszkodą, która nie pozwala im zrozumieć co się dzieje. Ludziom kompetentnym jest wyjątkowo trudno przejść ze stanu „wiem" do „nie wiem". Nikt lubi być podejrzewany czy oskarżony o niekompetencje.

Dlatego tak trudno wprowadzić zmiany w organizacji, o czym przekonałem się wielokrotnie audytując organizację czy strategię dużych wydawnictw prasowych. Zmiana zawiera w sobie pewną ilośc niewiadomych, a więc ryzyko porażki, a więc utraty pracy. Stąd tak częsty wybór najmniejszego zła jakim wydaje się zachowanie status quo.

Tak więc menadżerowie mogą paść ofiarą swojej kompetencji. Mogą potknąć się na tych pomysłach i rozwiązaniach, na których zbudowali sukces swój i swojej firmy. „Nie zmienia się zaprzęgu na środku rzeki" - mowi popularne polskie przysłowie. Ponieważ chcą zachować status quo, ci menadżerowie nie podejmują decyzji o alokacji środków na refleksję. Która z polskich, lub europejskich gazet ma dział „Reaserch & Developement"? Bez niego, nie istniałyby internetowe giganty jak Google, Yahoo, czy Microsoft.

A kiedy firma się budzi z letargu, próbuje najpierw używać znanych rozwiązań i schematów, które potwierdzają słuszność obowiązującej strategii i business modelu. To przykład francuskiej prasy regionalnej, która nagle wymyśliła, że będzie sprzedawać swoje informacje w internecie. Co robią Francuzi? To co potrafią i to robili quasi-mechanicznie od zawsze, zamiast spróbować rozwinąć nowe projekty oparte na nowych modelach biznesowych.

Christensen nazywa to „cramming'iem", czyli próbą powielenia starego przy użyciu nowych technologii. Coraz trudniej sprzedać informację ogólną, którą ogłasza radio, pokazuje telewizja i próbuje nazajutrz rozwijać prasa. Do sprzedania nadaje się dziś tylko tylko informacja specjalistyczna, ekonomiczna, finansowa, może kiedyś lokalna i sublokalna.

Christensen idzie krok dalej. Probuje zrozumieć poszczególne etapy, które przechodzi jakaś firma z sytuacji lidera do sytuacji krytycznej, w kontekście pojawienia się „disruptiv innovation". Oto najważniejsze punkty tej analizy, opisane w dokumencie Blue print for Transformation de l'American Press Institute (dorzuciłem tu kilka swoich uwag):

1. Na początku, menadżerowie widzą tylko, że innowacja wymaga inwestycji w badania. Ale po co badać kiedy wszystko idzie jak po maśle, a reklama - jak u mojego znajomego wydawcy - reklama wali dzwiami i oknami? Po co inwestowac w przedsięwięcie, które nie przynosi szybkich i konkretnych zysków?

2. Na tym etapie, „disruptiv innovation" zaczyna sie rozwijać, ale nie dociera do przeciętnych konsumentów jakiegoś produktu czy usługi. Dociera głównie do "early adopters", do rozczarowanych etc., ale też do tych, ktorych nie stać na nie.

Tak było z prasą darmową. Pamiętam prześmiewcze komentarze w „Le Monde", kiedy do Francji wchodziły „Metro" i „24 Heures". Skoro klasyczny dziennik jest produktem dla pięćdziesięciolatków, czemu mieliby oni zainteresować się produktem dla dwudziestolatków jakim jest dziennik darmowy? Błąd. Zainteresowali się. Dlatego „Le Monde", który traci dzis dużo pieniędzy na swoim prestiżowym i płatnym wydaniu papierowym, sam tworzy darmowy dziennik. Podobnie jest z internetem. Jego użytkownikami nie byli na początku klasyczni konsumenci informacji. Teraz są.

3. Etap następny: obniżka cen klasycznych produktów i usług. „Disruptiv innovation" jest z reguły produktem, lub usługą gorszej jakości, jak gazety darmowe czy - to częsty argument prasowych menadżerów i wydawców - internet. Na dodatek, funkcjonuje on według innego modelu biznesowego, na niższych marżach. Za co konsumenci kochają innowację i konkurencję? Za to, że zazwyczaj powoduje obniżkę cen. To właśnie dzieje się teraz w przypadku prasy i internetu, gdzie możemy znaleźć to co mamy w prasie płatnej - nieraz o wiele więcej -, ale za darmo. Dla konsumenta wybór jest prosty. Dla wydawcy to dylemat: informacja na papierze kosztuje więcej, ale przyciąga reklamodawców. Co robić?

4. Na tym etapie zaczyna się gonitwa za rozwiązaniami. Już widać, że „disruptiv innovation" na dobre zadomowiła się w biznesie. Zdobyła klientów, dynamicznie się rozwija. Niektórzy zaczynają panikować. Trzeba na gwałt udoskonalić swoje produkty, stworzyć nowe, oczywiście na wzór „disruptiv innovation". I tu pojawia się nowy problem. Konsumenci produktu podstawowego zaczynają interesować się nowymi produktami. To początek „kanibalizacji".

Na jakim etapie jest polska prasa? Wydaje mi się, że gdzieś między drugim a trzecim. A Państwo co o tym myślicie?

> Wiedzieć więcej:
Tradycyjne media powinny postawić na wideo, które pozwoli im odzyskać część utraconych konsumentów informacji
Media próbują zdobyć młodego czytelnika kusząc go grami i muzyką
Czy biznes prasowy wchodzi w krytyczną fazę?
Prasa musi szybko inwestować w internet, który stanie się wkrótce głównym źródłem jej dochodów
Powstał pierwszy w Polsce portal oparty na dziennikarstwie obywatelskim
Portale oparte na dziennikarstwie obywatelskim to przyszłość mediów
Dlaczego media ignorują dziennikarstwo obywatelskie? Bo go nie rozumieją i się go boją
Francja: Stacja telewizyjna M6 uruchamia 3 serwisy społecznosciowe
Nowy e-papier wejdzie do użytku w 2008 r.
E-papierowa rewolucja
Kiedy pojawią się gazety na e-papierze?
Blog glenna Reynoldsa Instapundit.com
Jak Dawid może konkurować z Goliatem


> Tag: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

9.10.06

Rosną dochody portali internetowych

Łączne przychody 100 największych firm medialnych w Stanach Zjednoczonych wyniosły w ubiegłym roku 268 mld dolarów, czyli o 6,5 proc. więcej niż rok wcześniej. Aż o 20 proc. wzrosły dochody portali internetowych, choć mają one zaledwie 6 proc. udziału w amerykańskim rynku mediów - informuje „Rzeczpospolita".

W rankingu tygodnika „Advertising Age" Time Warner, Comcast oraz Disney Corp. tworzą czołówkę setki największych amerykańskich firm medialnych.

Autorzy rankingu oceniający wyniki amerykańskich koncernów medialnych zauważają, że to dzięki Internetowi i nowym usługom sieci kablowych widoczne są tak duże wzrosty.

„Równie szybko zwiększają się wpływy sieci kablowych, które zarabiają głównie na dostarczaniu usług internetowych oraz ofertach skierowanych do posiadaczy telefonów komórkowych. To właśnie z tych źródeł kablówki uzyskały w zeszłym roku 103 mld dolarów, a to 12,5 proc. więcej niż rok wcześniej" - pisze „Rzeczpospolita".

Natomiast przychody amerykańskich wydawców gazet, magazynów oraz stacji telewizyjnych rosną o wiele wolniej:

  • Tylko o 2 proc. wzrosły przychody wydawców gazet w ubiegłym roku w stosunku do roku poprzedniego.
  • 6 proc. - o tyle wzrosły w analogicznym okresie przychody magazynów. To lepiej, ale ciągle niewiele.

Według „Rzeczpospolitej" gazety starają się sprostać wymogom rzuconym przez nowoczesne media, inwestując tym samym w rozwój Internetu. Z badań firmy Nielsen/NetRatings przeprowadzonych na zlecenie Amerykańskiego Stowarzyszenia Dzienników wynika, że w pierwszej połowie roku strony internetowe dzienników odwiedzało 55,5 mln osób miesięcznie, czyli o jedną trzecią więcej niż rok wcześniej.

„To, co się dzieje na rynku medialnym za Atlantykiem, staje się coraz bardziej widoczne również w Polsce" - twierdzi "Rzeczpospolita".


Cytowany przez dziennik Jacek Kołtonik, z domu mediowego Initiative, uważa, że w niedługim czasie wszystkie media zaczną korzystać z cyfrowych platform, umożliwiając tym samym dostęp do informacji i rozrywki o każdej porze i w każdym miejscu.

Źródło: „Rzeczpospolita"

> Tag: , , , , ,

Polscy wydawcy inwestują na potęgę w bezpłatne gazety

Tempo wzrostu przychodów reklamowych prasy bezpłatnej jest dziś porównywalne z dynamiką rynku internetowego. Zauważyli to wydawcy, dlatego co chwila powstają nowe tytuły - pisze dziś Magdalena Lemańska w „Rzeczpospolitej".

W pierwszym półroczu 2006 r. przychody reklamowe bezpłatnych ogólnopolskich dzienników „Metropol", „Metro" i „Echo Miasta" wzrosły o 60 proc. Zdaniem Jarosława Roszkowskiego, dyrektora mediów w domu mediowym Starlink, cytowanego przez „Rzeczpospolitą", segment pism bezpłatnych jest coraz bardziej doceniany przez reklamodawców.

„W pierwszym półroczu tego roku te trzy dzienniki razem wraz z magazynowym tygodnikiem "Dzień Dobry" wydawanym przez DD Media zarobiły na reklamach ponad 78 mln zł (dane cennikowe Expert Monitora)" - informuje „Rzeczpospolita".

Wydawcy pozbyli się wątpliwości i szybko wyciągnęli wnioski ze statystyk :
  • Express Media, wydawca „Expressu Bydgoskiego" i „Expressu Toruńskiego", otworzył bezpłatne tygodniki w Toruniu i Bydgoszczy („City Toruń" i „City Bydgoszcz").
  • Orkla Press Polska uruchomiła w Toruniu tygodnik lokalny i zapowiada kolejny swój tytuł w Szczecinie.
Od dwóch lat rynek prasy bezpłatnej bardzo dynamicznie się rozwija i czytelniczo, i ogłoszeniowo - przyznaje Joanna Parczyńska, wydawca „Metra" Agory. Z wrześniowej prezentacji dla inwestorów Agory wynika, że rozpowszechnianie bezpłatnych gazet rośnie:
  • W pierwszym półroczu 2006 r. zagarnęły już 26 proc. rynku.
  • W tym czasie rozdano 141,7 mln egzemplarzy, o 170,5 proc. więcej niż dwa lata temu.
Tak duży wzrost wynika m.in. z poszerzania sieci dystrybucji. Rosną też wpływy z reklam: udział „Metra" w rynku reklamy gazet to 1,8 proc., „Metropolu" - 1,6 proc.

„Co warte podkreślenia, „Metropol" z ponad 26 mln zł przychodów (dane Expert Monitora) w pierwszym półroczu plasował się w dziesiątce najlepiej zarabiających dzienników, przed „Gazetą Prawną", „Pulsem Biznesu" oraz gazetami regionalnymi (wyprzedził go tylko „Dziennik Bałtycki")" - wg „Rzeczposplitej".

Autrorka artykułu podkreśla, że:
„Nowi gracze wkraczają w segment rozdawanej prasy od innej strony. Stawiają na lokalność. To nowość, bo choć ogólnopolskie dzienniki bezpłatne mają w niektórych miastach wydania mutowane, ich domeną pozostają informacje z kraju i ze świata. Tymczasem bezpłatny tygodnik „Teraz Toruń" Orkla Media i jej planowane na 12 października szczecińskie „MM Moje Miasto" to projekty czysto lokalne. „MM Moje Miasto" ma mieć mutację w każdej dzielnicy i trafiać do skrzynek pocztowych. Tym samym Orkla podąża szlakiem przetartym przez „City Toruń" i „City Bydgoszcz". Oba chwyciły, choć do tych miast docierały wcześniej bezpłatne dzienniki".

Wg cytowanej w tekście Magdaleny Jórewicz z Express Media, „zawartość naszych tytułów jest inna. Większość to użyteczne lokalne informacje, nie ma wiadomości agencyjnych. Jesteśmy też atrakcyjni dla tych reklamodawców, których bardziej od ogólnopolskiego zasięgu interesuje nasz teren - mówi. Tytuły Express Media są rozdawane po południu.

„Rozkwit bezpłatnej prasy lokalnej może też być konsekwencją spadającej sprzedaży płatnych gazet lokalnych, których pozycja słabnie od czasu pojawienia się "Faktu". W pewnym sensie potwierdza to Zbigniew Bajka z Ośrodka Badań Prasoznawczych na Uniwersytecie Jagiellońskim wskazując, że na kurczącym się rynku dzienników ogólnopolskie gazety tracą mniej niż lokalne" - pisze ‚Rzeczpospolita".

Z analizy wynika, że rynek prasy darmowej zaczyna się dopiero rozwijać w Polsce. Myślę, że w połączeniu z dynamicznym rozwojem reklamy internetowej, prasa darmowa będzie z pewnością tym czynnikiem, który przyśpieszy kryzys prasy.

Co Państwo o tym myślicie?

Źródło: „Rzeczpospolita"

> Tag: , , , ,

USA: Nowy darmowy dziennik dla „czytelników-skanerzystów""




Juan Antonio Giner pisze na swoim blogu o „Linku" - nowym, darmowym dzienniku, który ukazał się w Stanach Zjednoczonych.

Wydawcą „Link" jest Virginian-Pilot. Grupa docelowa: 18-34 latki, czyli „czytelnicy-skanerzyści", którzy czytający głównie tytuły, zdjęcia, podpisy pod zdjęciami i leady.

Reakcja czytelników i reklamodawców była bardzo pozytywna - informuje Giner.

Podoba mi się layout tej gazety. To dobry przykład dziennikarstwa wizualnego, z ciekawym wykorzystaniem komiksowych dymków.

Źródło: blog Innovations in newspapers

> Tag: , , , ,

Reklama: Agresywna pomarańczowa ramka czy dyskretne zielone podkreślenie?


Zauważyłem dziś na stronach wydawnictwa IDG stosunkowo rzadko używaną jeszcze w Polsce formę reklamy, która polega na tym, że po najechaniu kursorem na wyrożnione słowo, w tym przypadku „video" (i „wideo") pojawia się ramka z krótkim tekstem reklamowym.

Najczęściej spotykanym na swiecie wyróżnikiem jest dyskretne, podwójne podkreślenie w kolorze zielonym:


IDG zastosowało zamiast tego bardzo agresywną, pomarańczową ramkę i to na dodatek nie raz, jak to się zazwyczaj robi, a sześć razy. Jest to dość dziwne w tekście o długości zaledwie 1200 znaków.

Przez to tekst ten czyta się źle, gdyż pomarańczowe ramki rozpraszają uwagę, wywołując irytację. Myślę, że nie o to chodziło IDG, bo tu ewidentnie widać, że lepsze jest wrogiem dobrego.

Co lepsze: pomarańczowa ramka czy zielone podkreślenie?

> Tag: , ,

Linki 9.10.06

6.10.06

Tradycyjne media coraz częściej inwestują w wideo w internecie

Coraz więcej tradycyjnych mediów - prasa, radio, telewizja, serwisy internetowe - na całym świecie inwestuje w wideo online, w nadziei na przyciągnięcie nowych konsumentów informacji. Oto 3 nowe inicjatywy, które pokazują jak stosunkowo łatwo i bez wielkich kosztów można stworzyć w internecie atrakcyjną ofertę wideo.



Pierwszy przykład: Belgowie. Flamandzki dziennik ekonomiczny „De Tijd" (ten sam, który testuje swoje wydania na e-booku), wystartował z serią programów wideo na swoich stronach internetowych (na zdjęciu powyżej). Na razie jest to wyłącznie informacja finansowa. Flesze emitowane są 3 razy dziennie: rano, w południe i wieczorem. Inna gazeta należąca do tej samej grupy (Mediafin) co „De Tijd", „L'Écho" też zamierza uruchomić podobny projekt na swoich stronach internetowych.




Drugi przykład: Amerykanie. Dwie małe, lokalne gazety amerykańskieNaples News" i „Bonita News" uruchomiły „stację telewizyjną" o nazwie Studio 55 (na zdjeciu powyżej). Na początku są oczywiście newsy, to podstawa. Codziennie o godz. 16.00 lecą wiadomości na wideo. Można je oglądać, lub ściągnąć na komputer, iPoda, a nawet Play Station. Programy, finansowane przez sponsorów i reklamę, zrealizowane są we Flashu.



Trzeci przykład: Argentyńczycy. Pisałem niedawno na Media Cafe o tym jak 3 największe dzienniki w kraju: „Perfil" (Perfil tv), „Clarin" (Clarin) i „Infobae" ( Infobae.tv ) zaczynają wkomponowywać wideo do swojej strategii. „Perfil" nie ma własnej stacji telewizyjnej, w przeciwieństwie do „Clarin" i „Infobae", ale ma ciekawy pomysł na wideo (na zdjęciu powyżej), które pozwala mu na recykling produkowanej przez siebie informacji.

> Wiedzieć więcej:
Tradycyjne media powinny postawić na wideo, które pozwoli im odzyskać część utraconych konsumentów informacji
Francja: Dziennik „Les Echos" tworzy gazetę na papierze elektronicznym
Okulary wideo do czytania gazet?
Nowy e-papier wejdzie do użytku w 2008 r.
E-papierowa rewolucja
Kiedy pojawią się gazety na e-papierze?

> Tag: , , , , , , , ,

5.10.06

Dlaczego Polskapresse nie wyda nowego dziennika

Ciekawa dyskusja na blogu Piąta Władza, po znakomitym artykule „Fala zmian w gazetach koncernu Axel Springer Polska. Czyżby kryzys?". Tajemniczy Obserwator zamieścił tam w formie komentarza wnikliwą analizę sytuacji na polskim rynku prasy codziennej, która warta jest uwagi.

Obserwator uważa, że Polskapresse nie wyda nowego dziennika, tylko, jak pisałem kilka dni temu na Media Cafe, ogólnopolski dodatek do swoich gazet regionalnych.

To bardziej racjonalne rozwiązanie, pisze Obserwator, niż wprowadzenie nowego tytułu, które jest bardziej kosztowne i ryzykowne, bo nigdy nie ma gwarancji, że nowy tytuł się przyjmie, nawet przy agresywnej - i kosztownej - polityce gadżetowej.

Jako przykład trudności z wylansowaniem nowego tytułu, Obserwator cytuje „Dziennik” Axela Springera, który „wydał fortunę na reklamę, dodatki, płyty, encyklopedie i ledwo dociąga do 200 tys. egz. (...) Zakładali pewnie ok. 300 tys. Nie udało się i teraz muszą zwijać biznes".

Dodam od siebie, że Polskapresse i Orkla Press zawsze były wyjątkowo alergiczne na tworzenie nowych tytułów. Strategia obu grup opierała się dotychczas na inwestycji w istniejące tytuły, nie na tworzeniu nowych. Wyłomem w tej strategii był darmowy tytuł Polskapresse „Echo Miasta".

Kłopoty „Dziennika", kontynuuje Obserwator, powodują, iż Axel Springer musi ciąć resztę firmy, w tym „Newsweeka”:

„Tu być może kryje się część tajemnicy odejścia Wróblewskiego - najpierw chłopcy z „Faktu” wykołowali go z projektu nowego dziennika, potem „Dziennik” zaczął mu podbierać ludzi z „Newsweeka”, a na koniec jeszcze obcięli tygodnikowi budżet na redakcję, promocję itd. (Być może Wróblewski odszedł w ostatnim dobrym momencie; lepiej teraz, niż gdyby miał to zrobić po ewentualnym zamknięciu „Newsweeka” w ramach oszczędności)" - uważa Obserwator.

Wg Obserwatora:
Polskapresse wykazałoby się szaleństwem, gdyby w tej sytuacji decydowało się na zupełnie osobny dziennik ogólnopolski. Można sobie kpić z jakości gazet Polskapresse, ale na pewno nie pracują tam ludzie szaleni. Model dodatku jest po prostu dużo bardziej racjonalny".

Obserwator opisuje jak wyobraża sobie wkładkę a la ogólnokrajowa „Gazeta Wyborcza": 16-20 stron, plus jakieś strony magazynowe i TV guide pod wspólną marką ogólnopolską. Gazety regionalne Polskapresse byłyby nośnikiem dla takiego dodatku, tak jak krajowa „Wyborcza" jest nośnikiem dla dodatków lokalnych.

Obserwator analizuje pięć atutów tego rozwiązania:

1. Taki dziennik ogólnokrajowy będzie się sprzedawał od pierwszego dnia i to nawet bez promocji (bo przecież regionalnym pismom z powodu nowego dodatku sprzedaż nie spadnie, a może i wzrośnie).

2. W regionach, gdzie Polskapresse nie ma gazet, można sprzedawać sam dodatek ogólnokrajowy za minimalną cenę (bo w końcu zawsze coś się sprzeda, a przymiotnik „ogólnopolski” przyda się nam, o czym później).

3. Jedna marka w całym kraju umożliwia Polskapresse po raz pierwszy skorzystanie z dobrodziejstw reklamy w TV ogólnopolskiej. Springerowski „Dziennik” żyje jeszcze tylko dlatego, że ładuje miliony złotych tygodniowo w reklamę telewizyjną.

4. Łączny nakład gazet Polskapresse w piątki wynosi prawie 800 tys. egz. (nawet jeśli nie zaliczamy im „Gazety Olsztyńskiej”, należącej do Hirtreitera). To więcej niż sprzedaje „Fakt”, „Wyborcza”, o niebo więcej niż „Dziennik”. Nawet jeśli nowy dzienniko-dodatek Polskapresse nic nie sprzeda w regionach, gdzie nie mają pism regionalnych, to i tak powstanie największy dziennik w Polsce. (A to już zaczyna być ciekawe dla reklamodawców (...).

5. Gdyby Polskapresse kupiła od Mecomu regionalne gazety Orkli, łączny nakład dzienniko-dodatku wzrósłby do 2 mln egz. w piątki! (A w końcu Mecom musi komuś sprzedać regionalne gazety w Polsce, bo na co mu one?).

Konkluzja Obserwatora:

  • Jeśli plan Polskapresse się powiedzie, polski rynek prasy zmieni się bardziej niż po wejściu „Faktu”. „Wyborczej” po raz pierwszy od 17 lat wyrośnie prawdziwy konkurent w walce o reklamy (bo i „Fakt”, i „Dziennik” to - powiedzmy szczerze - w tej konkurencji waga piórkowa). „Dziennik” stanie się niepotrzebny i pewnie umrze, chyba że znajdzie jakąś niszę. „Rzeczpospolita” będzie zmuszona pójść w niszę poważnej gazety ekonomiczno-prawniczej, gdzie z resztą najlepiej się czuje".
  • Jedynymi konkurentami nowego dzienniko-dodatku, którzy mogą mu zagrozić w dalszej perspektywie, to gazety bezpłatne. „Metropol” znowu podniósł nakład. „Metro” już dziś rozdaje ponad pół miliona gazet dziennie. Jeśli darmówki poprawią jakość, mogą w końcu przekonać do siebie reklamodawców i zacząć ostrzej pogrywać na rynku - uważa Obserwator.
Myślę, że rynek prasy codziennej nabiera niezwykłego przyśpieszenia, nie tylko w Polsce. Wydawcy chcą zdążyć przed nadchodzącym kryzysem. Dodam więc do tej analizy Obserwatora cytat z mojej ulubionej książki „Szybkość jako atut w biznesie": „To nie duzi zjadają małych, ale szybcy opieszłych".


> Źródło: Piąta Władza

> Tag: , ,