29.12.09

PMPG, wydawca Machiny, kupił tygodnik Wprost za 8 milionów złotych

Królowie sprzedali „Wprost". Nowym właścicielem tygodnika jest giełdowa spółka Platforma Mediowa Point Group (PMPG), wydawca m. in. „Machiny". Kupiła ona od Qebonto Holdings Limited 80% udziałów stanowiących 80%. Agencji Wydawniczo-Reklamowej Wprost za łączną cenę 8 072 500 zł - poinformowała PMPG w komunikacie. Kwota raczej niewysoka jak na jeden z trzech największych polskich tygodników.

Udziały cypryjskiej spółki Qebonto Holdings Limited należały dotychczas do Marka, Amadeusza i Pauliny Królów. Spółka ta jest właścicielem Agencji Wydawniczo-Reklamowej Wprost (AWR), która wydaje:
  • tygodnik "Wprost", 
  • miesięcznik "Mój Pies".
AWR posiada też serwisy internetowe:
  • Wprost.pl, 
  • Psy.pl, 
  • Kotyt.pl, 
  • WiK.com.pl (Wprost i Kultura),
  • Blogbox.com.pl (wyszukiwarka blogów), 
  • Infotuba.pl (serwis dziennikarstwa obywatelskiego), 
  • Gover.pl ("polityka w sieci"), 
  • Pitbul.pl ("pies na polityków").

„Zakup udziałów w A.W.R. „WPROST" istotnie wpłynie na pozycjonowanie PMPG na rynku mediowym, gdyż stanowi uzupełnienie portfolio GK PMPG, właściciela rozpoznawalnych marek, silnie związanych z jasno określonym kręgiem odbiorców o brakujący tytuł opiniotwórczy, jakim jest ogólnopolski tygodnik społeczno-informacyjny "Wprost" - czytamy w komunikacie.

„Wprost" jest jednym z trzech największych polskich tygodników. Wg Agencji Wydawniczo-Reklamowej Wprost, przynajmniej raz w miesiącu po „Wprost" sięga ponad 2,6 miliona czytelników. Co czwarty czytelnik (24 proc.) to mieszkaniec dużego, ponad półmilionowego miasta; połowa z nich (49,7 proc.) ma wyższe wykształcenie; co piąty (21 proc.) to dyrektor lub właściciel prywatnej firmy.

W rankingu za czerwiec 2009 Instytutu Monitorowania Mediów, tygodnik „Wprost" znalazł się wśród dziesięciu najczęściej cytowanych mediów oraz na drugim miejscu wśród tygodników opinii. Według danych cennikowych Expert Monitora (bez uwzględniania rabatów i autopromocji) w ub. r. "Wprost" (AWR "Wprost") zarobiło 98,7 mln zł. Dla porównania - "Newsweek Polska" (Axel Springer Polska) - 123,2 mln zł i "Polityka" ("Polityka" Spółdzielnia Pracy) - 108,1 mln zł.

Jak pisze dziś Gazeta.pl:
„Ubiegłoroczne przychody AWR Wprost wyniosły 51,31 mln zł (i były o ponad 23 proc. niższe niż w 2007 r.). A 2009 r. był jeszcze trudniejszy dla właścicieli tygodnika. Pod koniec sierpnia miesięcznik "Press" poinformował, powołując się na mniejszościowych udziałowców firmy, że do końca lipca tygodnik przyniósł 4,5 mln zł straty".
PMPG jest holdingiem medialnym, wydawcą następujących tytułów: 
  • miesięcznik ,,Machina", 
  • miesięcznik ,,Film",
  • miesięcznik ,,?dlaczego". 
  • kwartalniki: ,,Machina Design", ,,Modne Miasta by Machina", ,,Machina Sport&Style", ,,HOLLYWOOD", ,,Kinoteka domowa", ,,Sporootym", ,,Dlatego!".
PMPG posiada również alternatywną sieć dystrybucji prasy Distribution Point Group oraz własną drukarnię Gemtext.

Serwisy internetowe PMPG to: ­
  • Sport24.pl , 
  • Pilka24.pl, 
  • Kulisy.pl, 
  • Ukaraj.pl, 
  • Bulvar.pl, 
  • Korba.pl. 
PMPG powstała w 1997 r. z inicjatywy Michała M. Lisieckiego, dzisiaj Prezesa Zarządu i jednego z głównych akcjonariuszy spółki. Od końca 2006 r. PMPG jest notowana na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych.

28.12.09

Amazon sprzedał w 2009 roku więcej książek cyfrowych niż papierowych

Amazon.com sprzedał w pierwszy dzień świąt w tym roku, po raz pierwszy w swojej historii, więcej e-booków, książek cyfrowych, niż książek papierowych.
 
Jednocześnie, Kindle, czytnik e-booków wprowadzony przez Amazon w listopadzie 2007 roku, stał się w 2009 roku najlepiej sprzedającym się prezentem tego największego na świecie sklepu internetowego. Klienci Amazona zamówili w 2009 roku więcej egzemplarzy Kindle niż popularnego iPod Touch.  


To może być przełom w ponad czterdziestoletniej historii e-booków, które dotychczas nie mogły przebić się do świadomości klientów. Amazon nie podał jednak żadnych liczb, ani nie poinformował czy spadła ilość sprzedanych książek papierowych. Wg amerykańskich ekspertów, w 2009 roku sprzedano 3-4 miliony e-booków.


Kindle posiada obecnie ok. 60% rynku elektronicznych czytników, tzw. e-reader'ów, na świecie. Katalog Kindle obejmuje 390.000 tytułów książek w większości po angielsku. Niektóre gazety, jak The New York Times, Frankfurter Allgemeine Zeitung czy Le Monde, magazyny i katalog blogów są również dostępne na Kindle, który łączy się bezprzewodowo z internetem.


Popularność Kindle zacheciła inne firmy do stworzenia podobnych produktów.
Konkurencyjna amerykańska księgarnia Barnes & Noble oferuje znakomity e-reader Nook (ma parametry lepsze od Kindle i ponad 1 milion oferowanych tytułów, ale ma słabszy marketing), a polski Kolporter uruchomił w grudniu 2009 roku swój czytnik eClicto i księgarnię internetową o takiej samej nazwie. Wszędobylski Google też oczywiście szykuje swój sklep z książkami. Internetowa księgarnia Google Editions ma wystartować w połowie 2010 roku.

Jednak oprócz Kindle tak naprawdę liczy się tylko Sony Reader. Czytnik Sony jest drugim po Kindle e-readerem na świecie i posiada 35% rynku tych produktów.  Sony posiada własną księgarnię online - The eBook Store.
19 grudnia 2009 roku, Sony podpisało umowę z amerykańskim koncernem multimedialnym News Corp, którego gazety, np. The Wall Street Journal, MarketWatch i New York Post, będą dostępne w prenumeracie na Sony Reader. Podobnie jak Amazon, Sony nie informuje ile sprzedał egzemplarzy swojego Sony Reader. W 2010 roku Sony planuje zwiększenie swojego stanu posiadania do 40%


To może okazać się jednak trudne, gdyż do gry w 2010 roku zmierza również wejść Apple ze swoim czytnikiem o nazwie iPad, iTab lub iSlate. Więcej o e-readerze firmy Steve'a Jobs'a dowiemy się prawdopodobnie na "Special Event" Apple, który odbędzie się 26 stycznia 2010 roku w San Francisco. 
"Jeśli Apple'owi uda się zintegrować format wydawniczy ePub na swojej platformie iTunes Store, w ciągu jednej nocy stanie się poważnym graczem na rynku cyfrowej książki" - przewiduje instytut Forrester Research.

Dojrzałe technologie, duzi i doświadczeni gracze, klienci gotowi na zakup nowego sprzętu - to wszystko wskazuje na to, że w 2010 roku e-book może stać się na rynku książki tym czym iPod jest na rynku muzyki - terminalem, który zadecyduje o cyfrowej przyszłości książki. 



> Wiedzieć więcej:

    10.12.09

    Na Grand Press 2009 mówiliśmy prawie wyłącznie o internecie


    Tomasz Lis po raz trzeci został dziennikarzem roku (Źródło: Press)

    Jak ja lubię Grand Press! Wiecie pewnie, że to konkurs na dziennikarza roku organizowany przez najlepsze polskie pismo o mediach i reklamie, miesięcznik "Press"*. Lubię Grand Press nie tylko dlatego, że redakcje z całej Polski wybierają dziennikarza roku, co nadaje wiarygodności imprezie.


    W tym roku, tytuł Dziennikarza Roku 2009 otrzymał Tomasz Lis, prowadzący w TVP 2 audycję „Tomasz Lis na żywo". Otrzymał statuetkę Grand Press i samochód Citroën C5. Gwoli informacji, Lis był już dwukrotnie uhonorowany tym tytułem: w roku 1999 i – wraz z Marcinem Kąckim – w roku 2007. 



    Brawo dla Lisa, bo to znakomity dziennikarz, blue chip polskiego dziennikarstwa ale nie ma tu żadnego suspensu. Ciągle ci sami. Nie, nie powiedziałem, że było nudno. Było jak zawsze. 


    Ja osobiście przyznałbym główną nagrodę Ewie Ewart za to, że wprowadziła do polskiej telewizji nową jakość w stylu BBC. Jej reportaże w TVN są dla mnie co tydzień obowiązkowym punktem telewizyjnego programu. Pięknie zresztą dziś wglądała w niebieskiej sukni. 


    Lubię Grand Press, gdyż jest prawdziwym papierkiem lakmusowym całej branży mediów. Już pod koniec ceremonii wręczania tych polskich Oskarów dziennikarstwa część publiczności przestępuje z nogi na nogę. Widać i słychać jak ludzie zastanawiają się jak tu wyjść w okolice bufetu, by pogadać o tym co się dzieje w mediach. 



    Głowy uczestników ceremonii kręcą się wokół szyi wypatrując znajomych. - O, patrz, tego też zaprosili, tylko po co? - szepcze ktoś po prawej. - "O, przyszli w krawatach, czyżby już wiedzieli, że zdobędą jakąś nagrodę?" - słychać po prawej (guzik prawda, strzał jak kulą w płot). Nic nowego, tak jest co roku...



    Prawdziwe życie zaczyna się w okolicach bufetu. Tu, o dziwo, nikt nie mówi o prasie, radiu czy telewizji. Tu prawie wszyscy mówią o internecie: 

    • jedni opowiadają o biznesie w internecie, który chcą zrobić ("Otworzyłem spółkę z niszowymi produktami online, niszowe, wąsko sprofilowane, ale będą wysoko wypozycjonowane"),
    • inni o tym co już robią ("Mam fajną gazetę, ale słabe strony internetowe. Wiem, że muszę to szybko zmienić"),
    • jeszcze inni o tym, że nie potrafią zarabiać na tzw. kontencie, czyli na treściach produkowanych przez dziennikarzy, co tak naprawdę nie jest wstydliwe, bo niewiele wydawnictw to potrafi ("Cała nadzieja w Murdoch'u").
    Znajomy właściciel pisma branżowego tłumaczy dlaczego nie może jeszcze przenieść go do w całości do internetu (choć według mnie może to zrobić, tylko jeszcze o tym nie wie). Czarująca kobieta z PR prestiżowej firmy badawczej opowiada o badaniu blogosfery, a kolega opisuje projekt "genialnej" porównywarki ubezpieczeń.

    Prasa, radio i telewizją były na tegorocznym Grand Press zdecydowanie w tle. Wy też to zauważyliście?

    * To nie jest kryptoreklama, tylko poważna opinia i nie mam żadnych udziałów w spółce wydającej "Press".

    9.12.09

    Kolporter zaprezentował dziś eClicto, pierwszy polski e-book

    Jest już pierwszy polskie e-book - eClicto. Pisze o nim Paweł Wimmer, który właśnie rozpakował swój egzemplarz do testowania.

    eClicto został dziś oficjalnie zaprezentowany przez firmę kolporterską Kolporter.

    Jestem bardzo ciekaw opinii Pawła Wimmera. Choć od dawna marzyłem o takim czytniku, raczej nie kupię eClicto, głównie z powodu braku bezprzewodowego połączenia z internetem. 

    Ten model eClicto jest dla liderow opinii. Mają go używać i o nim mówić. Dopiero następne generacje tego produktu będą tak naprawdę skierowane do szerokiej publiczności. Kolporter próbuje po prostu zająć przyczólek w segmencie, który postrzega jako perspektywiczny.


    > Wiedzieć więcej:

    2.12.09

    Pierwszego miliona wcale nie trzeba ukraść, można go znaleźć w inkubatorach przedsiębiorczości

    Pierwszego miliona wcale nie trzeba ukraść, można go też pozyskać dzięki inkubatorom przedsiębiorczości - to jeden z wniosków spotkania „Biznes przy kawie", które odbyło się dziś w warszawskiej restauracji KOM*.

    Polska jest w ogonie krajów z innowacyjną gospodarką, a aniołów biznesu jest u nas jeszcze jak na lekarstwo, ale możliwości na pozyskanie kapitału na dobry projekt jest całkiem sporo - tłumaczył Wojciech Szapiel, doświadczony „venture-kapitalista", prezes Multimedia Capital Group i Polskiego Funduszu Inwestycyjnego.

    Według Wojciecha Szapiela, inwestorzy oceniają przedsięwzięcie w wielu perspektywach: konkurencyjność, innowacyjność, ryzyko, no i oczywiście doświadczenie lidera. Najtrudniej pozyskać kapitał w przedziale 1,5-4 miliony złotych, o czym niektórzy z uczestników przekonali się na własnej skórze.

    Wśród ok. 30 uczestników spotkania przeważali młodzi twórcy startup'ów, w tym „osiemjedynkowcy", ale nie zabrakło też znanych blogerów, jak Maciej Budzich (Mediafun), czy Mirek Usidus (do niedawna redaktor naczelny platformy blogowej Blomedia.pl) i doświadczonych menedżerów internetowych jak Maciej Kołodziejczak, były szef serwisu społecznościowego Bebo na Europę czy Arek Michno, prezes agencji interaktywnej Ideo.

    To pierwsze z serii spotkań, których celem jest prezentacja możliwości finansowania innowacyjnych przedsięwzięć w ramach projektu „Kapitał na start w innowacje - promocja innowacji w środowisku biznesowym i naukowym".

    Operatorem projektu jest Miasteczko Multimedialne Park Technologiczny (które chce być polską Krzemową Doliną) i Stowarzyszenie Klaster Multimediów i Systemów Informacyjnych w Nowym Sączu, działające przy Wyższej Szkole Biznesu - National-Louis University w Nowym Sączu. Projekt „Kapitał na start" jest współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, oraz z budżetu państwa.

    * W tej samej restauracji odbywały się w 2007 roku spotkania Yulbiz, nieformalnego klubu blogerów, e-przedsiębiorców i dziennikarzy piszących o mediach i internecie.

    > Wiedzieć więcej: Spotkanie na temat: jak i gdzie można zdobyć kapitał dla startupów w środę godz. 17.00 w restauracji KOM w Warszawie

    30.11.09

    Spotkanie na temat: jak i gdzie można zdobyć kapitał dla startupów w środę godz. 17.00 w restauracji KOM w Warszawie

    Jeśli masz pomysł na biznes lub właśnie założyłeś startup i potrzebujesz kapitału na rozwój, przyjdź na spotkanie „Biznes przy kawie" w środę 2 grudnia 2009 r., od godz. 17:00, w restauracji KOM, ul. Zielna 37 w Warszawie. A nazajutrz, 3 grudnia o godz. 17.00 w hotelu Wit Stwosz, odbędzie się identyczne spotkanie w Krakowie.

    To pierwsze z serii spotkań, których celem jest prezentacja możliwości finansowania innowacyjnych przedsięwzięć w ramach projektu „Kapitał na start w innowacje - promocja innowacji w środowisku biznesowym i naukowym".

    Operatorem projektu jest Miasteczko Multimedialne Park Technologiczny i Stowarzyszenie Klaster Multimediów i Systemów Informacyjnych w Nowym Sączu, działające przy Wyższej Szkole Biznesu - National-Louis University w Nowym Sączu. Projekt „Kapitał na start" jest współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, oraz z budżetu państwa.

    W ramach projektu „Kapitał na start" zorganizowany zostanie również konkurs Startery Innowacji na najlepsze pomysły gotowe do pozyskania zewnętrznego finansowania.

    Autorzy najciekawszych pomysłów rozpoczną rozmowy z inwestorami prywatnymi celem uzyskania zewnętrznego finansowania. Dodatkowo zwycięzcy konkursu otrzymają pakiet bezpłatnych konsultacji celem przygotowania merytorycznego do przeprowadzenia procesu inwestycyjnego.

    25.11.09

    Polscy wydawcy prasy mają interes w tym, by współpracować w internecie

    Część polskich wydawców prasy - jak Agora czy Polskapresse - jest świadoma faktu, że ich biznes znajduje się w przełomowym momencie.
    Regularnie spada sprzedaż egzemplarzowa (ja zakładam, że nie uda się już pozyskać nowych czytelników w dziennikach), po przychodach z ogłoszeń drobnych za chwilę nie będzie nawet śladu, a reklama migruje do internetu. Wydawcy są konkurentami w obszarze prasy drukowanej, ale czy tak jest również w internecie?

    Myślę, że wydawcy mają interes w tym, by współpracować w internecie tworząc np. wspólny front przeciwko Googlowi, jak to zrobili - ze znakomitym skutkiem - Włosi.

    Polscy wydawcy prasy są o wiele silniejsi w internecie, niż im się wydaje. Nie powinni mieć żadnych kompleksów w porównaniu do internetowych pure players. Ale powinni mieć plan działań i wspólną strategię, jak Włosi czy Szwajcarzy.

    Brytyjski magazyn branżowy „Media Week" zamyka wersję papierową i ucieka do internetu

    Brytyjski magazyn branżowy „Media Week" (prasa, reklama, marketing) rezygnuje z wersji papierowej i będzie się ukazywał tylko w internecie. Taka jest decyzja właściciela - Haymarket Business Media's Brand Media.

    To męska decyzja, wynikająca z prawidłowej analizy rynku. Czytelnicy tego typu pism - tak w Wielkiej Brytanii jak i w Polsce - są już od dawna w internecie. Coraz mniej z nich potrzebuje wersji papierowej i coraz rzadziej kupują te pisma w kiosku.

    Jestem tego przykładem: z pism branżowych kupuję tylko „Press", nie z konieczności, tylko z sympatii dla tego tytułu. Bardzo cenię jego wysoki poziom merytoryczny w wersji papierowej, choć newsów nie ma tu w ogóle, a dobrych analiz jak na lekarstwo. Ale lubię to pismo. Co nie przeszkadza mi twierdzić, że za swoje przedpotopowe strony internetowe wydawca „Press" powinien co roku otrzymywać z urzędu Web-Malinę roku w kategorii Witryna internetowa pism branżowych.

    Myślę, że decyzja „Media Week" to dobry przykład dla pism „Press" i „Brief", może dla „Media i Marketing" (które już zdobyło dobre przyczółki w internecie). Gdybym był ich właścicielem, zacząłbym je szybko przenosić do internetu i testować nowe modele biznesowe. I tak prędzej czy później tak się stanie. Nie ma co czekać na cud, bo cudów w „princie" już nie będzie.

    Jedno jest pewne: im później właściciele takich tytułów jak „Press" czy „Brief" podejmą decyzję o wstrzymaniu druku, tym gorsza może być ich sytuacja finansowa i tym trudniej będzie im zainwestować w internet.

    24.11.09

    Agora+Polskapresse=Sklepy.gazeta.pl

    Agora, wydawca „Gazety Wyborczej" i portalu Gazeta.pl, uruchomiła dziś platformę e-commerce Sklepy.gazeta.pl. To wynik współpracy z konkurencyjną grupą prasową Polskapresse, wydawcą dziennika „Polska The Times" i właścicielem pasażu handlowego Sklepy.gratka.pl.

    Oferta platformy Sklepy.gratka.pl jest skierowana do dwóch grup docelowych:
    1. B2C, czyli użytkownicy portalu Gazeta.pl chcący dokonać zakupów w internecie.

    2. B2B, czyli sklepy i handlowcy zajmujący się profesjonalnie e-commerce. Początkujący w e-handlu otrzymają kompleksowy system zarządzania sklepem internetowym, a doświadczeni sprzedawcy będą mieli do dyspozycji sprytne narzędzia do prowadzenia e-sklepu. Sklepy, które działają już na e-rynku, w prosty sposób mogą zintegrować się z pasażem dzięki możliwości wykorzystania formatu XML porównywarki cenowej Nokaut, z którą współpracuje Gratka.pl.

    Użytkownicy Gazeta.pl uzyskują dostęp do nowoczesnego systemu zakupów online prezentującego obecnie 100 tys. ofert w 26 kategoriach tematycznych, takich jak:
    • odzież,
    • sprzęt RTV i AGD,
    • biżuteria i zegarki,
    • maszyny i narzędzia,
    • telefony i akcesoria,
    • budownictwo...
    Jak precyzują nowi partnerzy w komunikacie prasowym:
    „Celem współpracy Agory i Polskapresse jest zwiększenie zasięgu ofert e-commerce obu wydawców. Agora zaoferuje nowe narzędzie dla użytkowników portalu Gazeta.pl chcących dokonać zakupów w internecie, natomiast Polskapresse zyskuje dodatkowy zasięg dla sprzedających poprzez swój pasaż handlowy".
    Komunikat o tym nie mówi, ale Polskapresse udało się też zdobyć potężnego sprzymierzeńca w rywalizacji z Allegro. Myślę, że wydawcy mają interes w tym, by współpracować w internecie tworząc np. wspólny front przeciwko Googlowi, jak to zrobili - ze znakomitym skutkiem - Włosi.


    > Wiedzieć więcej:
    (Disclosure: Polskapresse jest obecnie moim klientem)

    11.11.09

    Moje Miasto to rewolucja w Mediach Regionalnych




    Jeszcze dwa lata temu, internet był dla grupy wydawniczej Media Regionalne jak bajka o żelaznym wilku. Dziś, oprócz witryn swoich gazet, Media Regionalne posiadają potężną sieć 26 portali o wspólnej nazwie Moje Miasto.

    Moje Miasto miesięcznie odwiedza łącznie ponad 1,53 mln unikalnych użytkowników, którzy generują 5,68 mln odsłon (Źródło: GemiusTraffic, październik 2009). Hasło przewodnie portali: „Tym żyje nasze miasto". Cała grupa Media Regionalne ma 5,38 mln unikalnych użytkowników.

    Jak oni zrobili ten skok cywilizacyjny? Zobaczcie prezentację Artura Kardy i Tomasza Krawczyka pt. „Transformacja w Mediach Regionalnych". Ja jej nie widziałem na żywo, ale wiele się o niej mówiło na ostatnim Forum IAB w Warszawie. A może powinna się ona nazywać „Rewolucja w Mediach Regionalnych"?

    > Adresy portali Moje Miasto:

    10.11.09

    TVN uruchamia agencję do sprzedaży materiałów multimedialnych


    Grupa TVN uruchomiła dziś nową internetową platformę e-commerce do sprzedaży materiałów multimedialnych. Serwis nosi nazwę TVN News & Services Agency.

    Celem tego e-sklepu jest sprzedaż
    materiałów multimedialnych z TVN: zdjęć oraz plików wideo. TVN News & Services Agency posiada klasyczne mechanizmy sklepu online pozwalające na obsługę transakcji kupna sprzedaży oraz dedykowany mechanizm konwersji plików wideo. Serwis oferuje również możliwość zakupu usług telewizyjnych.

    Serwis TVN nie jest agencją informacyjną. W Polsce, tylko portal Interia.pl dorobił się dotychczas, pod koniec października 2009 r., statutu agencji informacyjnej, spełniającej wszystkie wymogi rozporządzenia Ministra Finansów z 13 lutego 2006 r. Interia jest drugim tego typu podmiotem w naszym kraju, po Polskiej Agencji Prasowej (PAP).

    Próba recyklingu informacji przez TVN nie jest nowym modelem biznesowym w przypadku mediów, ale w Polsce TVN jest w tym obszarze pionierem. Mamy tu do czynienia z innowacją marketingową, gdyż Grupa TVN próbuje sprzedać te same produkty po raz drugi, ale w innym opakowaniu, tzn. serwisie.

    To mądra inicjatywa, która wpisuje się w jeden z megatrendów, jakim jest ewolucja mediów w stronę tzw. newsorganisation. Nie od dziś uważam i piszę, że media tradycyjne muszą zacząć myśleć i działać nie jak wydawnictwo prasowe czy stacja telewizyjna, ale jako agencja prasowa - producent treści na różne platformy multimedialne.

    > Wiedzieć więcej:

    4.11.09

    Forum IAB 2009: Tylko telefony komórkowe, wideo, Facebook i Twitter

    Telefony komórkowe, wideo oraz Facebook i Twitter - to główni bohaterowie Forum IAB 2009 Punkt Zwrotny, poświęconego mega-trendom w biznesie internetowym, które rozpoczęło się dziś w Warszawie. Organizatorem forum jest międzynarodowy Związek Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska, organizacja zrzeszająca portale i wortale internetowe, sieci reklamowe i agencje interaktywne. Forum było relacjonowane na kanale mikroblogingowym na Blipie: http://forumiab.blip.pl/ oraz na platformie telewizji internetowej www.ipla.pl.

    Zazwyczaj to Warszawa jeździ za granicę na dobre konferencje branżowe z obszaru mediów czy internetu. Dziś zagranica - i to pierwsza liga - przyjechała do Warszawy. Gościem specjalnym był
    Ramu Yalamanchi – założyciel i obecny CEO jednego z największych serwisów społecznościowych na świecie – Hi5.

    Jego prezentacja
    pod tytułem „The Evolution of Social Platforms and the Web" miała ciekawy tytuł i zapowiadała się jako hit dnia. Niestety, jak wynika z opinii kolegów i znajomych, którzy go słuchali, Yalmanachi trochę rozczarował. „No, no, dowiedzieliśmy się, że na Hi5 można nawet umieszczać swoje zdjęcia i komentarze..." - ironizował jeden z kolegów.

    Najciekawszym prelegentem dzisiejszego dnia był według mnie Matt Szymczyk, prezes agencji marketingu interaktywnego Zugara. Przodkowie Matta byli Polakami, ale on sam nie mówi po polsku. Jego specjalność to tzw. Augmented Reality, czyli połączenie świata realnego z rzeczywistością wirtualną.

    Matt mówił o tym z pasją ewangelisty, pokazując przykłady zastosowania tej interaktywnej technologii w e-handlu. Przymierzał koszulki, które istniały tylko w internecie, a jego kolega z Los Angeles mógł skomentować jego wybór w czasie rzeczywistym.

    Pokazał też grę łączącą oba światy: stojąc między dwoma statkami (chyba pirackimi?), które do niego strzelały, Matt próbował uniknąć ich kul. Niektóre go trafiały, to nie bolało, ale na nas zrobiło wrażenie. I tak science fiction staje się powoli rzeczywistością w USA, gdzie aż 80% internautów posiada kamerę internetową.

    O
    telefonach komórkowych, Facebooku, Twitterze i wideo mówili wszyscy prelegenci. Christopher Billich z agencji Infinita z Tokyo opowiadał o tym co Japończycy robią z telefonem. A robią wszystko, no z małymi wyjątkami. Co czwarty Japończyk (24%) używa dziennie telefonu przez 3 godziny. Ponad 50% komórek ma GPS, a SMS-y są praktycznie darmowe. Telefon jest już w Japonii jednym z elementów „lifestyle infrastructure".

    A dla tych, którzy o tym nie wiedzą, albo o tym zapomnieli,
    Michael Riha, Sales Manager East Europe Omniture, przypomniał: „30% użytkowników telefonów komórkowych ma 15-24 lata. To Wasi klienci".

    Bardzo pozytywie zaskoczyła mnie obecność wśród uczestników konferencji silnej grupy z wydawnictw: Polskapresse (wydawcy „Polska The Times" i właściciela Gratki) i Media Regionalne (Moje Miasto). Rok czy dwa lata temu, ze świeczką szukać by można kogoś z tradycyjnej prasy, oprócz wszędobylskiej Agory.

    Dziś Media Regionalne są jednym ze sponsorów konferencji, gdzie o prasie drukowanej nie ma ani słowa. Dumnie eksponują stoisko poświęcone sztandarowemu produktowi grupy - sieci portali internetowych Moje Miasto, która dziś wieczorem - ale o tym cicho sza - ma uruchomić swoją nową wersję.

    2.11.09

    Pierwszy polski ebook eClicto zadebiutuje na Targach Książki w Krakowie 5 listopada 2009

    Pierwszy polski ebook o nazwie eClicto będzie zaprezentowany na Targach Książki w Krakowie, które rozpoczynają się 5 listopada 2009 r. Taką informację podał dziś eClicto, blog o epapierze i ebookach, który właśnie wystartował.

    O blogu nie usłyszałby pewnie pies z kulawą nogą, gdyby nie Niżejpodpisany, „pisarz 2.0” – jak sam o sobie mówi, i autor najlepszego polskiego bloga o ebookach. To on poinformował o tym na Twitterze i na Blipie.

    Na blogu eClicto można dowiedzieć się, że chodzi o czytnik elektronicznych książek, ale nie ma na nim ani słowa o autorach bloga, ani jego zleceniodawcy, którym jest firma kolporterska Kolporter. Dlatego blog eClicto wzgląda trochę jak "fake blog". Miejmy nadzieję, że to stan przejściowy.

    Czego jeszcze dowiadujemy się o eClicto? Że to nazwa projektu eClicto, który ma być systemem dedykowanym sprzedaży i czytaniu elektronicznych książek. W jego skład mają wejść:
    • Czytnik eClicto – urządzenie mobilne, wykorzystujące nie stosowaną dotychczas w Polsce technologię elektronicznego papieru, które pozwala czytać e-booki i inne publikacje elektroniczne.

    • Manager eClicto – darmowy program, zapewniający łatwy dostęp zakupionych e-booków i szybkiego przenoszenia ich na czytnik.

    • Księgarnia eClicto, czyli sklep internetowy ze zbiorem elektronicznych książek beletrystycznych i specjalistycznych.
    Promocyjna cena pakietu, w którym oprócz czytnika będzie około 100 darmowych książek w wersji elektronicznej będzie wynosić 899 zł, wg Kolportera.

    Trudno odmówić Kolporterowi odważnej wizji. Epapier to przyszłość. Czy eClicto może stać się polskim Kindle?

    Branża prasowa będzie sprzedawać usługi o wysokiej wartości dodanej

    Branża prasowa będzie ewoluować z wydawcy-dostawcy informacji w stronę firm multimedialnych o charakterze agencji informacyjno-usługowych, sprzedających usługi o wysokiej wartości dodanej.

    Jakie usługi? Jakie informacje? Co można sprzedać, a co nie? Na te pytania wydawcy prasy muszą sobie szybko odpowiedzieć. Dlaczego szybko? Bo internet to nie jest sprint lecz maraton i na rezultaty trzeba długo czekać.

    Im wcześniej wydawcy odpowiedzą sobie na te pytania i opracują swoje nowe modele biznesowe, tym szybciej zaczną zarabiać.

    Co o tym myślicie?

    30.10.09

    Prasa amerykańska traci czytelników od 20 lat. Ale nie Wall Street Journal

    Co pół roku, amerykańskie Audit Bureau of Circulations publikuje dane na temat gazet i czytelnictwa. Na wykresie poniżej można zobaczyć co się dzieje z prasą amerykańską od 1990 r.

    Najciekawszy jest tu nie trend spadkowy, bo o nim wiemy od dawna, ale skok w górę The Wall Street Journal. Jako jedyny pnie się do góry, wbrew tendencjom, wbrew kryzysowi. Jak oni to robią?



    Źródło: Audit Bureau of Circulations

    > Warto wiedzieć
    :

    Cafe News: „Model reklamowy wygra z modelem Freemium"

    Piotr Długi, prezes Cafe News, napisał ciekawy komentarz pod moim wpisem pt. "W Polsce potrzebny jest Okragły Stół dla wydawców prasy i graczy internetowych".

    Myślę, że jego głos jest ważny w dyskusji na ten temat. Oto komentarz Piotra:
    „Nawet jeśli wydawcy "pogonią" serwisy, które "przepisują" ich treści (bo kopiuj -> wklej to raczej głupota "pseudo-redaktorów" wortali) spowodują tylko większą ostrożność i upadek kilku "złodziei". I nawet jeżeli wydawcy zjednoczą siły - i nie tylko Agora, ale portale i inni ważni gracze zaczną realizować model "freemium" (co już jest bardzo ryzykownym założeniem), to model reklamowy i tak wygra. Nawet w sytuacji kiedy wzrosty rynku "freemium" będą 1000% - co nie jest trudne, jeżeli się zaczyna od liczby bliskiej zeru.

    Po pierwsze, nie mogę sobie wyobrazić takiej sytuacji, że w kontekście kilku, nawet wszystkich mediów, które dodają przy artykułach opcję "Kup mnie" - nie pojawi się za chwilę n-ty wydawca, który zechce realizować model reklamowy. Taki model dziś funkcjonuje powszechnie. Internet stwarza możliwość zarabiania przez "wydawcę" nie tylko na treściach, ale czasem zupełnie na czymś innym i treści są jedynie dodatkiem, za który właściciel serwisu nie musi (i nie będzie chciał) pobierać opłaty.

    Po drugie - Internet (w tym wyszukiwarki i agregatory) dał możliwość wybrania (i dzieki mechanizmom wyszukiwarek i agregacji typu Wykop - selekcjonowania) wartościowych treści. Wartościowych - czyli powszechnie dostępnych i przez wielu czytanych. I jeżeli pojawi się w sieci informacja - to wystarczy, że pojawi się ona raz i każdy będzie mógł do niej dotrzeć. Co było nie do pomyślenie kiedyś. Ktoś - kto opublikuje darmową informację - zarobi prawdopodobnie dużo więcej niż ten, który będzie chciał ją sprzedać. Nawet, jeżeli ileś osób to kupi.

    Po trzecie - Internet stworzył alternatywę dla dawnego monopolu wydawcy. Blogerów. Ty sam ze swoim blogiem Media Cafe Polska przyczyniasz się do upadku modelu płatnego :-), bo wiele osob częściej wybiera w agregatorach, np Cafe News, zakładkę "blogi", niż "media" (gdzie ma rssy z "serwisów wydawców"). Nie można zlikwidować "rynku komentatorów rzeczywistości".

    Co do efektu Wykopu - warto spojrzeć na to z innej strony - czy media tradycyjne nie płaca za dystrybucję kontentu i dotarcie do czytelników? Płacą bardzo dużo (prowizja dla Ruchu to 30% a nawet więcej). I jeżeli tylko będzie się im opłacało - również media internetowe będą płaciły za "poszerzanie kanału dystrybucji".

    Być może dla wydawców byłoby lepiej, i taniej - gdyby wszyscy klienci kupowali w prenumeracie. Ale są kolporterzy i oni zwiększają dostępność, a przez to umożliwiają dotarcie do szerszego grona klientów (choćby w rozumieniu modelu reklamowego). Gdyby nie google.pl - czyli taki nowy Ruch (który również kiedyś miał monopol) - liczy czytelników serwisu Wyborcza.pl - byłaby dużo, dużo mniejsza.

    Moim zdaniem, w dzisiejszej rzeczywistości "rynek wydawców" musi się bardzo skurczyć - czyli niestety dla wydawców ich rynek musi bardzo dużo stracić - bo dziś wystarczy, że ktoś "raz" wyprodukuje informację, aby "wszyscy" mogli się z nią zapoznać. Z punktu widzenia konsumenta - super. Sytuacja wydawców - nie do pozazdroszczenia....

    Moim zdaniem rynek płatnego (dla użytkownika) kontentu (chodzi mi tu o mainstream, a nie o nisze) nie ma szans. Ja w każdym razie ich nie widzę, choć każdy przecież może się mylić. Bo przyszłość jest nieprzewidywalna".

    28.10.09

    W Polsce potrzebny jest Okragły Stół dla wydawców prasy i graczy internetowych

    Już w 2010 roku polskie wydawnictwa i grupy mediowe będą próbowały sprzedawać na szerszą skalę swoje treści: teksty, zdjęcia i wideo, testując nowe modele biznesowe.

    Producenci informacji: tradycyjne media i media internetowe wprowadzą prawdopodobnie w pierwszej kolejności model Freemium, w którym część informacji będzie za darmo, a cześć za opłatą w tzw. wersji Premium. Model ten znakomicie opisuje w swojej książce pt. "Free" Chris Anderson.

    Nikt jeszcze nie wie ile to będzie kosztować, nawet Agora, najbardziej innowacyjna i dynamiczna grupa multimedialna w kraju. Rynek tradycyjnych mediów, składający sie w większości przypadków z naśladowców, czeka na ruch Agory.

    Jeśli Agora wprowadzi opłaty za treści, inni pójdą za nią, kopiując rozwiązania lepiej lub gorzej wypracowane przez wydawcę Gazety Wyborczej i portalu Gazeta.pl. A jeśli nie wprowadzi? Pytanie bowiem czy Agora, która jest po dwóch stronach barykady, ma interes w tym, by walczyć o płatną informację?

    Najpierw model Freemium adresowany do klienta detalicznego, jakim są internauci

    Według mojej wiedzy, istnieje ponad 10 modeli biznesowych opartych na treściach, które funkcjonują w tzw. modelu biznesowym Długiego Ogona (Long Tail). Pracuję obecnie nad ich udoskonaleniem dla jednej z największych grup wydawniczych w Polsce. Niektóre z tych modeli mogą zacząć funkcjonować już od przyszłego roku, ale za wcześnie, by o tym mówić.

    W Polsce najszybciej zacznie prawdopodobnie działać wspomniany powyżej model Freemium adresowany do klienta detalicznego, jakim są internauci. Będzie on rozwijał się powoli, ale w miarę regularnie.

    Jego sukces zależy w dużej mierze od tego czy wydawcom i dziennikarzom uda się zaoferować prawdziwą wartość dodaną, za którą internauci będą gotowi zapłacić. Bo jakość i wiarygodność informacji nie są w ogóle ewidentne i czytelne na pierwszy rzut oka dla znakomitej większości internautów. Jednym ze skutków ubocznych masowej dystrybucji darmowej informacji w internecie: informacji brutto (news) i informacji z wartością dodaną (np. analiza, porady specjalistyczne, śledztwo dziennikarskie), było rozmycie pojęcia wartości tej informacji.

    Paradoksalnie, wydawnictwa prasowe, które są znanymi i wiarygodnymi markami, mogą zarobić niezłe pieniądze na sprzedaży produktów i usług, których jeszcze nie sprzedają, gdyż po prostu nie wiedzą o ich istnieniu.

    Jaką informację można dziś sprzedać w internecie

    Towarem, który na dzień dzisiejszy ma najwięcej potencjalnych nabywców jest informacja ekonomiczna i specjalistyczna. Sprzedają ją dziś w internecie bez problemu gazety ekonomiczne np. amerykański The Wall Street Journal (który jest obecnie pierwszym amerykańskim dziennikiem przed USA Today!) czy francuski Les Echos. Sprzedać można też niektóre materiały poradnikowe, wśród których największy sukces wróżę wideo (model "How to...", wideo-learning, może wideo-pytania...). Nie wierzę w podcasty, które rozwijają się zbyt wolno poza USA.

    W przyszłym roku w Polsce do sprzedaży trafić może informacja lokalna. Portale są gotowe zapłacić za nią każda sumę - nawet jeśli o tym jeszcze nie wiedzą -, bo jest to informacja unikatowa i ekskluzywna. To na razie towar tylko dla hurtowników, jak portale i duże agregatory. Ale to towar pierwszej klasy, bo tylko wydawcy prasy regionalnej, lokalnej i sublokalnej mają struktury w terenie i są w stanie dostarczyć tego typu informację, która jest - nie wszyscy to wiedzą - najdroższą do wyprodukowania informacją na świecie.

    Czy publicystyka jest towarem na sprzedaż? Wątpię. Nie udało się jej sprzedać w hiszpańskim El Pais, francuskim Le Monde, brytyjskim The Guardian, ani w amerykańskim New York Times (pamiętacie "Times Select"?) czy na Slate.com. Jest to więc, przynajmniej na razie, tylko narzędzie do budowania wizerunku i zasięgu, co w niczym nie umniejsza roli publicystyki w modelu biznesowym mediów. Myślę tu o publicystyce w szerokim tego słowa znaczeniu: polityczna, społeczna, kulturalna, sportowa i oczywiście gospodarcza ("It's the economy, stupid").

    Kultura darmochy ma dwa historyczne źródła

    Z badań wnika, że internauci, przyzwyczajeni do tego, że w internecie wszystko jest za darmo, nie są gotowi na płacenie za informację. Kultura darmochy jest jedną z cech charakterystycznych naszej ery post-mediowej. Ma ona dwa historyczne źródła: naukowcy i startup'y sprzed wybuchu bańki internetowej z 2000 roku.

    Dla badaczy uniwersyteckich, informacja jest dobrem, którym warto, a nawet trzeba się dzielić nieodpłatnie z innymi w internecie. Robią to od zawsze. Dla startup’ów z końca lat 90., darmowe usługi jawiły się jako nowy, uniwersalny klucz do sukcesu.

    Rozpowszechnili oni darmochę na koszt zafascynowanych siecią inwestorów, którzy uwierzyli w bajeczki o milionowych zasięgach witryn internetowych i o milionowych przychodach. Na co poszły pieniądze z inwestycji? Na marketing.

    Z informacją w internecie będzie tak jak z plastikowymi torbami w hipermarketach

    A my uwierzyliśmy, że teraz wszystko będzie za darmo i to na zawsze. Bo jak udaje się Googlowi, pierwszej na świecie firmie ery post-Gutenberga, który to Google oferuje za darmo dziesiątki usług i informacje produkowanych przez innych, to znaczy, że uda się też innym. Wiemy jak to się skończyło dla marzycieli z lat 2000.: plajty, wyprzedaż, masowe zwolnienia...

    Myślę, że z informacją w internecie będzie tak jak z plastikowymi torbami w hipermarketach. Kilka lat temu, każdy hipermarket rozdawał torby garściami za darmo. Teraz każą sobie za nie płacić, niby w imię ekologii. I płacimy, bez szemrania.

    Portale jako pierwsze będą musiały płacić za informację

    Wprowadzenie opłat za treści przez tradycyjne media, głównie prasę, będzie miało również konsekwencje dla wielu graczy polskiego internetu, w szczególności dla portali, agregatorów i innych witryn, które same nie produkują informacji. Większość z polskich portali albo tworzy ją w znikomych ilościach (zaledwie 5-10% własnych informacji w przypadku Onetu), albo nie tworzy jej w ogóle.

    Gracze internetowi, tzw. pure players, czy tego chcą czy nie, będą musieli zaakceptować nowe reguły gry i myślę, że oni jako pierwsi zaczną prawdopodobnie regularnie płacić za treści, które agregują. Będą płacić, tak jak to robią już zresztą niektórzy z nich, w barterze w zamian za ruch, albo gotówką.

    Onet wyszedł z inicjatywą rozmów z wydawcami

    Duzi gracze, jak Onet, są chyba tego świadomi. W kwietniu 2009 r, Onet wyszedł z inicjatywą rozmów z wydawcami na temat opłat za produkowane przez nich treści. Propozycja Onetu jest jak miód na serce wydawców, których mniej lub bardziej dotkliwie dotknął kryzys w reklamie. Jednak na razie niewiele się dzieje w tej materii. Wiele wskazuje na to, że inicjatywa Onetu była czysto "piarowa" i nie poszedł za nią żaden konkret. Co gorsza, jak powiedział mi jeden z wydawców: "propozycji kupowania najlepszych tekstów za parę złotych (nigdy za ruch) nie towarzyszyło zaprzestanie przez grupę ITI procederu kradzieży treści wydawców".

    Tak naprawdę, duże portale cieszą się, że Onet przejął inicjatywę, bo mają interes w tym, by uregulować kwestię praw autorskich. Od nich bowiem masowo treści wykradają małe serwisy, które nie płacą już w ogóle nic a nic nikomu, tylko nieraz wysyłają maile z prośbą o zgodę na jednorazowe zamieszczenie jakiegoś tekstu, po czym zamieszczają wszystkie teksty jak leci.

    Propozycja Onetu, jeśli spotka się z konkretną reakcją wydawców prasy, może nas zbliżyć do powstania nowego ładu w internecie, a modele wypracowane w Polsce posłużą być może za przykład dla innych krajów.

    W wypracowaniu nowego ładu kluczową role odegrać może Izba Wydawców Prasy. Jej członkom brakuje jednak - w mojej opinii - zdecydowania, inicjatywy i - przede wszystkim - pewności siebie.

    Symboliczne zwycięstwo Inforu

    W tym kontekście, przełomowym wydarzeniem w relacjach między producentami informacji a portalami i agregatorami może być proces o nielegalne wykorzystywanie kontentu wygrany przez Wydawnictwo Infor Biznes, w październiku tego roku, przeciwko firmie Al Pari Business Centre Norbert Poliński.

    Jeśli wyrok w sprawie o ochronę autorskich praw majątkowych i zapłatę odszkodowania dla Inforu potwierdzą inne instancje, za Inforem pójdą inni wydawcy świadomi stawki o jaka toczy sie ta gra.

    Precedensowe też są ugody jakie zawarły z Inforem dwa inne serwisy: paliwa.pl i e-financial.pl. Zgodziły się one zwrócić Inforowi pieniądze w usługach za treści, które uprzednio pobierały za darmo, bez informowania o tym wydawcy.

    Błądzą w internecie jak dzieci we mgle

    Niestety, w Polsce wydawców świadomych tej stawki można policzyć na palcach jednej reki. Wydawcy prasowi potrafią produkować informację wysokiej jakości, ale nie potrafią na niej zarabiać w internecie, gdzie budżety reklamowe stanowią - w ich przypadku - ułamek tego, co zgarniają dzięki papierowi. Boja się upomnieć o swoje, tak jak to zrobił Infor.

    Nie rozumieją internetu, nie mają web-strategów i web-wizjonerów, nie mają pomysłu na biznes w sieci. Są zagubieni i błądzą w internecie jak dzieci we mgle. I nie za bardzo wiedzą kto, komu i za co miałby płacić w internecie.

    Czy gracze internetowi próbują wykorzystać ignorancję papierowych wydawców?

    Z jednej strony mamy argumenty producentów informacji: agregatory, takie jak Wykop, próbują wykorzystać ignorancję wydawców o papierowej mentalności i upiec kilka pieczeni przy jednym ogniu. Jeden z ich modeli biznesowych jest zaskakująco prosty: chcą za darmo pozyskać treści od ich producentów, których chcą jednocześnie obarczyć opłatami za generowanie ruchu na ich stronach i równocześnie spieniężyć ruch, który im samym wygenerują te treści.

    Wydawcy mieliby więc płacić za ruch, który wygenerują wyprodukowane przez nich, a tylko pokazane przez agregator, ich własne treści. Treści, za wyprodukowanie których wydawcy zapłacili słone pieniądze swoim pracownikom i współpracownikom. Genialne w swojej bezczelności, prawda?

    Google i inne wyszukiwarki też należą do kategorii agregatorów. To agregatory "na życzenie", które odpowiadają na specyficzne potrzeby użytkowników i - co gorsza dla wydawców - zmieniają te potrzeby na swoją korzyść. Wyszukiwarki są, jak inne agregatory, konkurentem dla wydawców, ale nie próbują wyciągnąć od nich pieniędzy za treści, których nie produkują.

    Paradoksalnie, niektórzy wydawcy prasy, nieświadomi faktu, iż są producentami tak cennego towaru intelektualnego jakim jest informacja, stawiają się w pozycji proszącego w stosunku do portali i agregatorów. To nic innego jak ogon, który próbuje machać psem i co najśmieszniejsze - zupełnie nieźle mu to nieraz wychodzi.

    A jeśli agregatory to kioski XXI wieku?

    Z drugiej strony mamy racje portali i agregatorów. Jaka bezczelność? - oburza się Wykop, argumentując: my nie kopiujemy, tylko zamieszczajmy linki, które przekierowują na strony wydawcy/autora, wyświetlając przy okazji wszystkie jego reklamy, wiec wydawca nic nie traci, a jedynie zyskuje.

    Jeśli założyć, że internetowe agregatory to kioski XXI wieku, to argumenty Wykopu wydają się nawet racjonalne. Dlaczego kiosk miałby płacić wydawcy za treści, które dystrybuuje? Kto komu płaci w realu: czy Ruch, albo Kolporter płacą dziś wydawcom za ich gazety, czy to wydawcy płacą Ruchowi i Kolporterowi za dystrybucję tych gazet?

    Prawdą jest, że nie istnieje takie zjawisko jak "efekt Ruch" czy "efekt kolporter", natomiast istnieje "efekt Wykop" (polski odpowiednik słynnego "efektu Digg"). Polega on na tym, że niektóre serwisy "otrzymują" od Wykopu miesięcznie nawet 300 tys. użytkowników, których same nie byłyby w stanie pozyskać. Kusząca perspektywa... Tylko czy wydawcy potrafią już spieniężyć ten ruch? Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie nie jest ewidentna, ale to już jest problem wydawców, a nie agregatorów.

    Okragły Stół dla wydawców prasy i graczy internetowych?

    Nikt na świecie nie stworzył jeszcze modelu nowego ładu regulującego współpracę między tradycyjnymi mediami, a mediami internetowymi. A gdyby tak udało się to Polakom?

    Myślę, że trzeba w Polsce zorganizować Okragły Stół dla wydawców prasy i graczy internetowych w celu stworzenia nowego ładu w polskim internecie i z chęcią sam zaangażuję się w takie przedsięwzięcie.

    Nie czekajmy, aż inni wypracują za nas gotowe rozwiązania i przyniosą je nam na tacy. Nie zrobią tego za nas ani liberalni Amerykanie, ani etatystyczni Francuzi, ani tym bardziej Google, który ma interes w tym, żeby jak najdłużej pozyskiwać informacje za darmo. Wydawcy muszą wreszcie wziąć swoje sprawy w swoje ręce.

    24.10.09

    Ruppert Murdoch sprzedaje serwis Photobucket za pół darmo

    Ruppert Murdoch sprzedaje serwis Photobucket za 25% ceny, za którą go kupił

    Podczas gdy tysiące wydawnictw, które obudziły się z letargu, kupuje teraz startup'y na chybił trafił, News Corp, jedna z największych na świecie grup medialnych, właściciel m. in. MySpace, przygotowuje się już do wyprzedaży części swoich aktywów internetowych. Wspomniał o tym na konfrencji Web 2.0 Summit w San Francisco, Jonathan Miller, szef dywizji internetowej w News Corp.

    Na pierwszy rzut może pójść nie lada gratka: Photobucket, serwis do archiwizacji i dzielenia się zdjęciami, kupiony w 2007 roku za 250 milionów dolarów przez Fox Interactive Media, należący do właściciela News Corp, Rupperta Murdocha. Cena wywoławcza za Photobucket: 60 milionów dolarów, czyli cztery razy taniej niż cena kupna.

    Photobucket jest, według Techcrunch, trzecim największym serwisem w obszarze hostingu zdjęć na świecie:
    1. ImageShack: 20 mld zdjęć
    2. Facebook: 15 mld zdjęć
    3. Photobucket: 7.2 mld zdjęć
    4. Flickr (Yahoo): 3.4 mld zdjęć
    5. Multiply: 3 mld zdjęć
    6. Picasa (Google): “miliardy” (?)
    Akwizycja Photobucket może być interesująca dla kogoś kto chce wzmocnić swoją pozycję w tym obszarze (Google, Yahoo...), albo ma nowy pomysł na ten biznes (Microsoft?).

    22.9.09

    Agora wchodzi do telewizora

    Dzięki widgetowi z newsami ze swoich serwisów, Agora próbuje dotrzeć do kolejnej grupy odbiorców.

    Agora wchodzi do telewizora. Samsung Electronics Polska i Agora, wydawca m. in. „Gazety Wyborczej" i portalu Gazeta.pl, uruchamiają pierwszy polskojęzyczny widget do odtwarzania treści online bezpośrednio na ekranie telewizora.

    Dzięki nowej aplikacji, wszystkie informacje pochodzące m.in. z: Gazeta.pl, Wyborcza.pl, Sport.pl, a także z serwisów rozrywkowych i lokalnych należących do Grupy Gazeta.pl, będą wyświetlane bezpośrednio na ekranie telewizora, bez konieczności wykorzystywania komputera.

    Agora jest pierwszym polskim dostawcą treści online dla multimedialnych telewizorów marki Samsung. Jej widget będzie dostępny w najnowszych modelach Samsung LED TV serii B7000 i wyższych oraz w telewizorach LCD i plazmowych, serie B650 i wyższe.

    Oprócz aplikacji Agory, użytkownicy telewizorów marki Samsung mogą korzystać także z widgetów umożliwiających dostęp do treści serwisów YouTube, AccuWeather oraz USA Today.

    Agora konsekwentnie kontynuuje swoją strategię, którą nazywam strategią „wszędobylskości", tzn. obecności na wszystkich możliwych platformach: internet i komórka, w tym iPhone, a teraz także telewizja.

    W połączeniu ze strategią zapychania nisz, pozwala to Agorze na docieranie do coraz to nowych segmentów odbiorców, w tym przypadku do użytkowników multimedialnych telewizorów marki Samsung. Jest ich jeszcze niewielu, bo telewizory te dopiero wchodzą na rynek, ale tu chodzi głównie o zbudowanie przyczółka w perspektywicznym sektorze, na który stawia również Samsung, w chwili obecnej najbardziej dynamiczny lider innowacji w branży telewizyjnej.

    > Wiedzieć więcej:
    • Widget jest darmowym narzędziem personalizacji stron internetowych, w tym blogów. To mini-agregator, który pobiera treści przez kanał RSS. Służy do dystrybucji treści komercyjnej (reklamy, zajawki promocyjne, klipy i podcasty reklamowe...) i niekomercyjnej (galeria widgetów na Widgipedia.com). Te internetowe i mobilne aplikacje ery Web 2.0 robią tylko jedną rzecz: przekazują newsy z jednego źródła, albo pełnią funkcję kalendarza, albo pokazują pogodę, lub wyszukują słowa w Wikipedii.

    • Widgety zmieniają nie tylko nasz sposób konsumpcji mediów w internecie. Te małe aplikacje zainstalowane na przykład na pulpicie naszego komputera pozwalają na czytanie newsów bez wchodzenia na strony internetowe portali czy blogów, ale też na kupowanie np. pizzy.

    • Widgety są dziś wszędzie: na blogach, portalach, stronach startowych i serwisach społecznościowych, w komórkach, a nawet na pulpitach naszych komputerów i w niektórych telewizorach. Marketerzy główkują po nocach jak nam je wcisnąć, a Google produkuje je teraz na setki co miesiąc.
    • Inwazja widgetów
    • PizzaHut udostępnia swoim klientom widget do kupowania pizzy i Coca Coli
    • Miliony ludzi korzysta z internetu przy pomocy widgetów

    Dziesięć dni w Marrakechu

    Meczet La Koutoubia w centrum Marrakechu (Maroko)

    Przez dziesięć dni, codziennie tuż przed świtem, budził mnie muezzin z meczetu La Koutoubia (na zdjęciu) wzywający mieszkańców Marrakechu, na południu Maroka, do modlitwy. W końcu przyzwyczaiłem się do tego trochę chrapliwego azanu, z którego rozumiałem tylko słowaAllah akbar" (Bóg jest wszechmocny).

    Marrakech, podobnie jak inne miasta w Maroku, to mieszanka dwóch światów. Z jednej strony, tradycyjny świat oparty na islamie, który jest religią państwową. Muzułmanie modlą się 5 razy dziennie, twarzą do świętej Mekki. Nawet na ekranach telewizorków w samolocie Royal Air Maroc pokazują gdzie znajduje się Mekka i w jakim kierunku należy się zwrócić. W tym świecie prawie wszystko jest zakryte: kobiety chodzą okryte od stóp do głów, niektóre domy nie mają okien na zewnątrz, a całe życie rodzinne koncentruje się w patio. Tradycjonaliści rygorystycznie przestrzegają ramadanu, dziewiątego - i świętego - miesiąca kalendarza muzułmańskiego, podczas którego od świtu do zmierzchu muzułmaninowi nie wolno nic jeść i pić.

    Z drugiej strony, świat współczesny, bliższy nam i bardziej zrozumiały. Symbolem nowego świata jest 33-letnia Fatima Zahra Mansouri, nowa pani burmistrz Marrakechu, wybrana 22 czerwca 2009 r. To pierwsza kobieta w Maroku, która zaszła tak wysoko w paternalistycznej hierarchii królestwa. Nowy świat jest otwarty: młodzi chodzą ubrani jak Europejczycy, grasują na Facebooku, piją wino, wieczorami szaleją w dyskotekach, niektóre kobiety opalają się topless w zamkniętych klubach. „Marokańczycy to najlepsi podrywacze na świecie" - przechwalał się Adil, znajomy Marokańczyk z Agadiru pracujący jako trener wychowania fizycznego w Marrakechu.

    Oba światy współistnieją bez większych problemów. Poniżej zdjęcie kobiet reprezentujących trzy pokolenia Marokanek zrobione w centrum Marrakechu, widok, który nie dziwi tu nikogo. Pierwsza z prawej to babcia, ma twarz zakrytą jaszmakiem. Druga to matka - już nie zakrywa twarzy i pokazuje nogi. Trzecia to córka, ubrana z europejska, jak większość osób z jej pokolenia.

    Trzy pokolenia Marokanek

    Co ciekawe, prawie wszyscy, starsi i młodsi, przestrzegają zasad ramadanu. To tamtejszy Wielki Post trwający w tym roku od 22 sierpnia do 19 września. Muzułmanie jedzą wówczas ostatni posiłek przed świtem, bo kiedy muezzin zacznie nawoływać do porannej modlitwy, to koniec jedzenia. Młodzi nieraz podjadają sobie w ciągu dnia, choć za złamanie zakazu postu grozi kara do 6 miesięcy więzienia (art. 222 Kodeksu Karnego).

    W Marrakechu są dwie rzeczy, które łączą prawie wszystkich, młodych i starszych, tradycyjonalistów i modernistów. Pierwsza z nich to souk. Ten w Marrakechu, na placu Jamaa El Fna, jest najbardziej znanym i największym w Maroku. Ponad 40 tys. rzemieślników sprzedaje tu swoje produkty: ubrania, dywany, tace, kindżały, instrumenty muzyczne... „To tu chodzimy na zakupy, bo ceny są tańsze nawet o 30% od cen w sklepach i jeszcze można się potargować, a my to bardzo, bardzo lubimy" - tłumaczył mi Didier, caddie w Royal Golf de Marrakech.

    Souk to arabski supermarket

    Druga rzecz to pojazdy dwukołowe (rowery, motorowery, skutery). Tym się tu jeździ i przewozi rodzinę oraz towary:

    Najpopularniejszy środek transportu w Marrakechu

    No a wczoraj obudził mnie już budzik z iPhona. Warszawa. Włączyłem mojego Maca, sprawdziłem rozkład dnia w kalendarzu Google, odpaliłem przeglądarki Safari i Firefox, odczytałem e-maile w Thunderbirdzie, przeczytałem blogi i gazety w Netvibes.

    I pomyślałem: jak ja lubię Marrakech...

    31.7.09

    Jak przekształcić tradycyjne media w multimedia internetowe: 4. Zatrudnić młodych menedżerów

    To czwarty wpis* z cyklu dziesięciu krótkich tekstów pt. „Jak przekształcić tradycyjne media w multimedia internetowe". Poprzednie wpisy z cyklu:
    1. Wydzielić autonomiczną spółkę lub pion internetowy
    2. Znaleźć swojego Józefackiego
    3. Stworzyć własną strategię
    4. Zatrudnić młodych menedżerów

    W wydawnictwach prasowych niezbędna jest zmiana pokoleniowa wśród kadry zarządzającej internetem. Zobaczcie w jakim wieku są internetowi milionerzy: Sergiej Brin i Larry Page, założyciele Google mają po 36 lat. Jack Dorsey, założyciel Twittera - 34 lata. Marc Zuckerberg, twórca Facebooka - 25 lat. Internetowi milionerzy są w większości przypadków młodzi, nawet bardzo młodzi, tak zresztą jak sam internet. Zatrudniają podobnych sobie: młodych, znających internet od podszewki. Idą szybko do przodu, nie tracąc czasu na akademickie spory.

    Trzeba zatrudnić w tradycyjnych mediach „młode wilki” znające internet, web 2.0 i blogosferę, raczej nie mające pojęcia o mediach i o dziennikarstwie. Nie będą tracić czasu na jałowe dyskusje czy blogi są potrzebne wydawnictwu czy nie.

    Dziennikarze są - z racji doświadczenia zawodowego - zbyt często skupieni na tworzeniu treści, z reguły zbyt słabo znają internet. Jeszcze nie rozumieją, że internet to nie nowe medium, ale platforma, składająca się z nowych mediów (np. blogi), aplikacji internetowych (np. Google Kalendarz) i usług (np. Allegro czy Gratka). Co gorsze, ich szefowie też tego nie rozumieją. Nie wymyślą nowych narzędzi, które zawojują cyberprzestrzeń.

    W mediach tradycyjnych w Polsce, jak i gdzie indziej na świecie, pracują tysiące ludzi inteligentnych i wykształconych, setki błyskotliwych dziennikarzy i menedżerów. Dlaczego nie potrafią zainicjować innowacyjnych rozwiązań, a raczej dlaczego robią to tak rzadko?

    Odpowiedzi można szukać w książce pt. „An Army of Davids" Glenn'a Reynolds'a (pisałem o niej na Media Cafe Polska) i w analizach Claytona Christensena, profesora Harvard Business School, autora m. in. książek „The Innovator's Dilemma" i „The Innovator's Solution".

    Christensen uważa, że we wszystkich branżach przemysłu istnieje pewna stała w momencie kiedy jakaś rewolucyjna innowacja wpływa na zmianę reguł gry: wielkie firmy bardzo często nie dostrzegają tego co widzą mniejsze, nie widzą konieczności szybkich zmian i wypadają z zakrętu. To syndrom Kodaka.

    Internet jest rewolucją, która zmieniła reguły gry raz na zawsze, piszę o tym regularnie od 2005 r. Christensen nazywa taką rewolucję „disruptive innovation" („Disruption is good"), co przetłumaczyłbym na szybko jako „innowację perturbującą". I właśnie ponieważ perturbuje ona wizje biznesu kompetentnych skądinąd menedżerów i analityków, odrzucają ją oni, jak w przypadku Web 2.0, z pobłażaniem traktując ten nowy etap w życiu internetu jako humbug.

    Christensen tłumaczy, że - paradoksalnie - kompetencje zawodowe stają się w przypadku zmian ekstremalnych przeszkodą, która nie pozwala im zrozumieć co się dzieje. Ludziom kompetentnym jest wyjątkowo trudno przejść ze stanu „wiem" do „nie wiem". Nikt lubi być podejrzewany czy oskarżony o niekompetencje.

    Dlatego tak trudno wprowadzić zmiany w organizacji, o czym przekonałem się wielokrotnie audytując organizację czy strategię wydawnictw prasowych. Zmiana zawiera w sobie pewną ilość niewiadomych, a więc ryzyko porażki, a więc utraty pracy. Stąd tak częsty wybór najmniejszego zła jakim wydaje się zachowanie status quo.

    Tak więc menadżerowie mogą paść ofiarą swojej kompetencji. Mogą potknąć się na tych pomysłach i rozwiązaniach, na których zbudowali sukces swój i swojej firmy. „Nie zmienia się zaprzęgu na środku rzeki" - mowi popularne polskie przysłowie. Ponieważ chcą zachować status quo, ci menadżerowie nie podejmują decyzji o alokacji środków na refleksję strategiczną. Która z polskich, lub europejskich gazet ma dział „Reaserch & Developement"? Bez niego nie istniałyby internetowe giganty jak Google, Yahoo, czy Microsoft.

    A kiedy firma się budzi z letargu, próbuje najpierw używać znanych rozwiązań i schematów, które potwierdzają słuszność obowiązującej strategii i modelu biznesowego. To przykład francuskiej prasy regionalnej, która w 2007 r. nagle wymyśliła, że będzie sprzedawać swoje informacje w internecie. Oczywiście nic nie sprzedała. Co zrobili Francuzi? To co potrafią i to co robili od zawsze, zamiast spróbować rozwinąć nowe projekty oparte na nowych modelach biznesowych.

    Christensen nazywa to „cramming'iem", czyli próbą powielenia starego przy użyciu nowych technologii. Dziś nie można sprzedać informacji ogólnej, którą ogłasza radio, pokazuje telewizja i próbuje nazajutrz rozwijać prasa. Do sprzedania nadaje się dziś tylko tylko informacja specjalistyczna, ekonomiczna, finansowa, może kiedyś lokalna i sublokalna. Może będzie to możliwe jutro.

    Christensen idzie krok dalej. Próbuje zrozumieć poszczególne etapy, które przechodzi jakaś firma z sytuacji lidera do sytuacji krytycznej, w kontekście pojawienia się „disruptive innovation". Oto najważniejsze punkty tej analizy, opisane w dokumencie Blue print for Transformation de l'American Press Institute (dorzuciłem tu kilka swoich uwag):

    1. Na początku, menedżerowie widzą tylko, że innowacja wymaga inwestycji w badania. Po co inwestować w przedsięwzięcie, które nie przynosi szybkich i konkretnych zysków? No to nie inwestujemy, tylko czekamy.

    2. Na tym etapie, „disruptiv innovation" zaczyna sie rozwijać, ale nie dociera do przeciętnych konsumentów jakiegoś produktu czy usługi. Dociera głównie do „early adopters", do rozczarowanych etc., ale też do tych, których nie stać na te produkty czy usługi. Tak było z prasą darmową. Pamiętam prześmiewcze komentarze w „Le Monde", kiedy do Francji wchodziły „Metro" i „24 Heures". Skoro klasyczny dziennik jest produktem dla pięćdziesięciolatków, czemu mieliby oni zainteresować się produktem dla dwudziestolatków jakim jest dziennik darmowy? Błąd. Zainteresowali się. Dlatego „Le Monde", który traci dziś dużo pieniędzy na swoim prestiżowym i płatnym wydaniu papierowym, sam stworzył darmowy dziennik. Podobnie jest z internetem. Jego użytkownikami nie byli na początku klasyczni konsumenci informacji. Teraz są.

    3. Etap następny: obniżka cen klasycznych produktów i usług. „Disruptive innovation" jest z reguły produktem, lub usługą gorszej jakości, jak gazety darmowe czy - to częsty argument prasowych menadżerów i wydawców - internet. Na dodatek, funkcjonuje on według innego modelu biznesowego, na niższych marżach. Za co konsumenci kochają innowację i konkurencję? Za to, że zazwyczaj powoduje obniżkę cen. To właśnie dzieje się teraz w przypadku prasy i internetu, gdzie możemy znaleźć to co mamy w prasie płatnej - nieraz o wiele więcej -, ale za darmo. Dla konsumenta wybór jest prosty. Dla wydawcy to dylemat: informacja na papierze kosztuje więcej, ale przyciąga reklamodawców. Co robić?

    4. Na tym etapie zaczyna się gonitwa za rozwiązaniami. Już widać, że „disruptive innovation" na dobre zadomowiła się w biznesie. Zdobyła klientów, dynamicznie się rozwija. Niektórzy zaczynają panikować. Trzeba na gwałt udoskonalić swoje produkty, stworzyć nowe, oczywiście na wzór „disruptive innovation". I tu pojawia się nowy problem. Konsumenci produktu podstawowego zaczynają interesować się nowymi produktami. To początek „kanibalizacji".

    Młodzi menedżerowie nie mają tych obciążeń. Warto w nich zainwestować.

    > Tytuł następnego wpisu: 5. Stworzyć dział badań i rozwoju nowego biznesu internetowego

    * Wpis ten jest przedłużeniem mojego wykładu pt. „Drugie życie mediów tradycyjnych”, który zaprezentowałem na konferencji „Oblicza nowych mediów” zorganizowanej w kwietniu 2009 r. w Warszawie przez Internet Standard oraz licznych szkoleń dla top managementu wydawnictw prasowych.