9.12.13

Tabloidyzacja informacji: majtki Dody stają się tak samo ważne jak śmierć Nelsona Mandeli


Czy my żyjemy w Polsce na jakiejś wyspie odciętej od świata? 5 grudnia 2013 r. zmarł Nelson Mandela i to była główna wiadomość na stronach internetowych mediów na świecie. 

Ale w Polsce tylko nieliczne media, w tym tygodnik Polityka i Wiadomości24.pl, trzymały informację o śmierci Mandeli na czołówce do południa 6 grudnia. Dla portali: Onet.pl czy Gazteta.pl, dla dziennika Rzeczpospolita, dla tygodników Wprost czy Newsweek, ta informacja nie była na tyle wartościowa, by znaleźć się na górze strony internetowej po południu 6 grudnia. 

The Show must go on, Mandela szybko spadł więc w dół strony, zdmuchnięty przez huragan Ksawery. Jak zatem tłumaczyć fakt, że śmierć Mandeli była nie przez kilka godzin, a przez kilka dni na czołówkach w mediach za granicą? Czy tam obowiązują inne reguły? Tam show nie musi trwać?

Informacja o śmierci Nelsona Mandeli znikła z czołówek polskich mediów i portali kilka godzin później,
ale pozostała przez wiele dni na czołówkach mediów zagranicznych i... na stronie Apple (na zdjęciu).

Przykład Mandeli pokazuje jak głęboki jest proces tabloidyzacji polskich mediów i jak bardzo są one dziś zagubione w świecie Google, Facebooka i Twittera. Tabloidyzacja informacji nie jest niczym nowym, ale w polskim wydaniu ogarnia wszystkie media i praktycznie nie ma dla niej przeciwwagi. 

Granice tabloidyzacji mediów amerykańskich wyznaczała solidna kultura dziennikarska


Kiedy w latach 90. zaczęły się „tabloidyzować” media amerykańskie, trwał jeszcze okres prosperity. Pieniądze z reklamy płynęły do mediów drzwiami i oknami. Internet dopiero raczkował.

Infotainement, czyli mieszanka informacji i rozrywki, był tylko jednym z narzędzi służących do przyciągania widzów i czytelników. Jego granice wyznaczała solidna kultura dziennikarska, wyniesiona m. in. ze znakomitych szkół dziennikarstwa, oparta na fundamentalnych wartościach tego zawodu postrzeganego jako zawód zaufania publicznego. 

Tabloidyzacji nie da się zatrzymać. I tak, z  roku na rok,  powoli, ale systematycznie „hard news" (polityka, gospodarka) ustępował trochę więcej pola „soft newsowi" (katastrofy, kryminałki, celebryci). Proces O. J. Simpsona i Monicagate przyśpieszyły proces tabloidyzacji tradycyjnych mediów amerykańskich, głównie telewizji. Stacja telewizyjna Rupperta Murdocha, Fox News, spopularyzowała język emocji w dziennikarstwie skoncentrowanym dotychczas na faktach („fact-centred”). Emocje są tańsze w „produkcji" niż poważna informacja i analiza. 

Przeciwwagą dla Fox News i Matta Drudge, który wypłynął na fali afery Clinton-Lewinsky, i stał się na krótki czas symbolem dziennikarstwa internetowego, tej mieszanki informacji, plotek, domysłów i pomówień, są ciągle media „mainstreamowe": CNN, New York Times, USA Today, Time czy dziesiątki dzienników regionalnych. Oni stoją - raz lepiej, raz gorzej -  na straży standardów dziennikarstwa.

Polskie media przeżywają trzy kryzysy


Polskie media są dziś w innej sytuacji. To trudne czasy, czasy burzy i naporu dla całej branży mediowej. Za sprawą internetu, tradycyjne media przeżywają najpoważniejszy kryzys w swojej powojennej historii. Nawet nie jeden, a trzy kryzysy: 
  1. Kryzys związany z transformacją systemową (trzeba znaleźć m. in. nowy model biznesowy dla prasy codziennej),
  2. Kryzys czytelnictwa (choć paradoksalnie Polacy czytają więcej niż kiedykolwiek, ale już nie tylko w tradycyjnych mediach),
  3. Kryzys wartości dziennikarskich (których nie ma kto bronić).
By zahamować odpływ czytelników i reklam, portale Onet (Axel Springer), Gazeta.pl (Agora), czy tygodnik Wprost, zaczęły coraz bardziej upodabniać się do tabloidów: Super Express, Pudelek i Fakt. To premiera Faktu, 22 października 2003 r., zapoczątkowała proces tabloidyzacji w Polsce. Ten proces rozwija się powoli i jest zaraźliwy, bo od tabloidów zarażają się poważne media. Podobnie było w USA. 

„Fakty" i „Wiadomości walczą ze sobą na „pierdonewsy"


W Polsce, na naszych oczach zaciera się granica między informacją a widowiskiem, co szczególnie dobrze widać w telewizji. Wieczorne  programy: „Fakty” (TVN) i „Wiadomości” (TVP) nie są już nastawione na informowanie w pierwotnym tego słowa znaczeniu. 
„Jadę do Polski i oglądam cięgiem wszystkie dzienniki telewizyjne w kraju. Jest albo sama polityka, albo totalne pierdoły. Pomieszanie tematów lokalnych, nieinteresujących krajowego odbiorcę, z ważnymi tematami dotyczącymi wszystkich. W newsowych stand-upach jakiś gówniarz z mikrofonem w ręku i miną wszechwiedzącego wieszcza mówi mi, jak mam żyć. To wszystko z podstawowymi błędami warsztatowymi, niezbalansowanymi kamerami, fatalną dykcją, błędami fonetycznymi i czytaczami z promptera, którzy mylą się w 30 proc. zapowiedzi. Przełączam na telewizję śniadaniową i widzę relację z lodowego igloo z prowadzącą Królewną Śnieżką z nogami związanymi w supeł, której jedynym celem jest, by dobrze wypaść. Otwieram gazety i widzę „publicystów" skaczących sobie do gardeł o byle co. Czułem się jak Jack Nicholson w „Locie nad kukułczym gniazdem" - opowiada Onetowi Mariusz Max Kolonko, polski dziennikarz mieszkający i pracujący w USA. 
Wtóruje mu Jarosław Gugała, znany dziennikarz, prowadzący „Wydarzenia", główny program informacyjny Polsatu (którego słupki oglądalności właśnie przeskoczyły „Fakty" i „Wiadomości") :
„W mediach elektronicznych dziennikarstwo umiera. Dla dziennikarzy i wydawców najważniejsza jest oglądalność, dlatego podlizują się szerokiej widowni. W relacjach ze światem polityki dominuje zaś wynalazek TVN 24, czyli między politykami budzi się emocje i konflikty, szczuje się adwersarzy, oni na siebie warczą, a ludzie to oglądają. Brakuje tego, co jest solą dziennikarstwa - rozmów merytorycznych" - mówi Gazecie Wyborczej Jarosław Gugała. 
Programy „Fakty” i „Wiadomości” walczą ze sobą na „pierdonewsy", jak to ktoś określił na Facebooku, czyli pseudonewsy, kronikę kryminalną i materiały-wyciskacze łez dla gospodyń domowych. Transformacja „Faktów”, które z programu informacyjnego zmieniły się w bulwarowkę próbującą przypodobać się widzom i schlebiać najniższym gustom, jest szczególnie widoczna. Praktycznie w każdym wydaniu mamy ckliwe, mniej lub bardziej fałszywie brzmiące naiwne komentarze i płaczące kobiety. 

Polskie dziennikarstwo jest jak bigos. Bliżej mu do Matta Drudge niż do New York Times.


W takim chaosie pojęciowym, majtki Dody czy kulisy serialu „M jak Miłość” stają się tak samo ważne jak śmierć Nelsona Mandeli. 
„[Tabloidowy umysł] domaga się obniżenia wymagań, ale nie znosi, kiedy to jest tak nazywane. Nie istnieje bezwzględna waga spraw. W tabloidowej mentalności dokonuje się proces walcowania rzeczywistości, zrównania ważności wielkich kwestii i np. śmiesznego zdjęcia kota” - pisze w Polityce Mariusz Janicki.
Polskie dziennikarstwo jest jak bigos. Mieszają się w nim fakty, opinie, emocje, plotki, piar i reklama, a wszystko kotłuje się w małym, zaściankowym kociołku. Polskiemu dziennikarstwu zdecydowanie bliżej do Matta Drudge niż do New York Times. W Polsce nie ma tradycji dziennikarstwa śledczego jak w USA, bo i kiedy miała się narodzić. Jeszcze nie wykształciła się też polska kultura dziennikarstwa.

Po 20 latach demokracji, dorobiliśmy się zaledwie dziennikarskiej pop-kultury z całą masą subkultur politycznych, które wzajemnie się zwalczają i nakręcają. A szkoły dziennikarstwa pozostają ciągle, w większości, szkołami o dziennikarstwie. 

Niepostrzeżenie zaciera się też granica między dziennikarstwem, a reklamą. Jaki przykład dają młodym (i starszym) dziennikarzom Tomasz Machała, redaktor naczelny serwisu Na Temat reklamujący markę dżinsów, Tomasz Lis, redaktor naczelny tygodnika Newsweek, ikona polskiego dziennikarstwa, reklamujący napój izotoniczny, albo znany dziennikarz motoryzacyjny Włodzimierz Zientarski, reklamujący markę samochodów? Zamiast odwoływać się w swojej pracy do wartości dziennikarskich, red. Machała i red. Lis wyznaczają - jak mówi ten pierwszy - nowe granice reklamy natywnej (sic!). 

Wracając do tabloidyzacji, potrafi ona ogłupić zaskakująco dużo osób, nawet wykształconych, co widać nieraz w komentarzach na Onecie czy na Facebooku. Dlatego może ona mieć z czasem całkiem poważne konsekwencje dla młodej, polskiej demokracji: 
„Rozbawiona, rezygnująca z „nudy” publiczność staje się słabym ogniwem demokratycznego systemu. Coraz mniejsza grupa ludzi rozumiejących mechanizm władzy i finansów rządzi coraz większą grupą, która tego nie rozumie i rozumieć nie chce" - pisze w Polityce Mariusz Janicki.
I jeżeli kiedyś, konkluduje Mariusz Janicki, jakaś mała, tajemnicza grupka ludzi, zgarnie całą władzę i będzie decydować o losach świata, to „(...) dlatego, że ta władza i kontrola (...) została porzucona przez obywateli, którzy poszli oglądać telewizję śniadaniową".

1 komentarz:

Monika Czaplicka pisze...

"Kryzys czytelnictwa (choć paradoksalnie Polacy czytają więcej niż kiedykolwiek, ale już nie tylko w tradycyjnych mediach),"

Skąd te dane Krzysztofie?