22.1.13

Żegnaj Gutenberg (cz. 2)

Paradoksalnie,  nawet najlepsi menedżerowie mogą paść ofiarą swojej kompetencji. Mogą potknąć się na tych pomysłach i rozwiązaniach, na których zbudowali sukces swój i swojej firmy.
W pierwszej części artykułu „Żegnaj Gutenberg", opublikowanej wczoraj pisałem o tym, że wraz z ebookami i tabletami za 1 zł kończy się epoka zapoczątkowana wynalazkiem Gutenberga, dzięki któremu dominacja druku zrewolucjonizowała nasz stosunek do pisania, do tekstów i zmieniła nasze widzenie świata. Era cyfrowa, w którą wkroczyliśmy, nie wymaże pięciu wieków kultury książki drukowanej, ale będzie miała równie głębokie skutki jak te, które od pierwszej Biblii do komiksów Hergé w Tintin z roli głównej ukształtowały naszą myśl i naszą wrażliwość.

Dziś druga część artykułu:


Wiele firm z plejadą zdolnych, inteligentnych menedżerów nie może zrozumieć, że właśnie zaczęła się nowa era. Dlaczego nie portafią zainicjować innowacyjnych rozwiązań, a raczej dlaczego robią to tak rzadko? 

Odpowiedzi można szukać w książce pt. „An Army of Davids" Glenn'a Reynolds'a i w analizach Claytona Christensena, profesora Harvard Business School, autora m. in. książek „The Innovator's Dilemma” i „The Innovator's Solution”. Christensen uważa, że we wszystkich branżach przemysłu istnieje pewna stała w momencie kiedy jakaś rewolucyjna innowacja wpływa na zmianę reguł gry: wielkie firmy bardzo często nie dostrzegają tego, co widzą mniejsze, nie widzą konieczności szybkich zmian i wypadają z zakrętu. To syndrom Kodaka i Nokii

Christensen tłumaczy, że - paradoksalnie - kompetencje zawodowe stają się w przypadku zmian ekstremalnych przeszkodą, która nie pozwala im zrozumieć co się dzieje. Ludziom kompetentnym jest wyjątkowo trudno przejść ze stanu „wiem" do „nie wiem". Nikt nie lubi być podejrzewany, czy oskarżony o niekompetencje.

Dlatego tak trudno wprowadzić zmiany w organizacji. Zmiana zawiera w sobie pewną ilość niewiadomych, a więc ryzyko porażki, a więc utraty pracy. Stąd tak częsty wybór najmniejszego zła jakim wydaje się zachowanie status quo. Tak więc menedżerowie mogą paść ofiarą swojej kompetencji. Mogą potknąć się na tych pomysłach i rozwiązaniach, na których zbudowali sukces swój i swojej firmy. „Nie zmienia się zaprzęgu na środku rzeki" - mowi popularne polskie przysłowie. Ponieważ chcą zachować status quo, ci menedżerowie nie podejmują decyzji o alokacji środków na refleksję, badania, czy nowe rozwiązania.   

A kiedy firma się budzi z letargu, próbuje najpierw używać znanych rozwiązań i schematów, które potwierdzają słuszność obowiązującej strategii i business modelu. Christensen nazywa to „cramming'iem", czyli próbą powielenia starego przy użyciu nowych technologii.  

Christensen idzie krok dalej. Probuje zrozumieć poszczególne etapy, które przechodzi firma z pozycji lidera do sytuacji krytycznej, w kontekście pojawienia się „disruptive innovation". Oto najważniejsze punkty tej analizy, opisane w dokumencie „Blue print for Transformation”:

  • Na początku, menedżerowie widzą tylko, że innowacja wymaga inwestycji w badania lub w drogie maszyny. Pojawia się pytanie: po co badać kiedy zamówień jest mniej, ale ciągle napływają? Wszystkim wydaje się, że biznes się kręci, wolniej, ale się kręci, więc to jeszcze nie moment na inwestycje.  
  • Na tym etapie, „disruptive innovation", którą była m. in. darmowa gazeta, zaczyna sie rozwijać, ale nie od razu dociera do przeciętnych konsumentów jakiegoś produktu czy usługi. Dociera na początku głównie do „early adopters", do rozczarowanych etc., ale też do tych, ktorych nie stać na gazetę w kiosku. 
  • Etap następny: obniżka cen klasycznych produktów i usług. „Disruptiv innovation" jest z reguły produktem, lub usługą gorszej jakości, jak gazetki reklamowe drukowane na najgorszym papierze. Na dodatek, funkcjonuje on według innego modelu biznesowego, na niższych marżach. „Musimy coś zrobić, tylko co?” - niepokoją się szefowie. Najprostszym rozwiązaniem jest obniżka cen, a nawet stosowanie cen dumpinowych. Niektorzy zaczynają sprzedawać swoje produkty i usługi poniżej kosztów produkcji. Spadają przychody, a dla niektórych - głównie dla mniejszych, niedoinwestowanych drukarni - zaczyna się walka o przetrwanie do końca kwartału, miesiąca, a nawet tygodnia. 
  • Na ostanim etapie zaczyna się gonitwa za rozwiązaniami. Już widać, że „disruptiv innovation" na dobre zadomowiła się w biznesie. Zdobyła klientów, dynamicznie się rozwija. Niektórzy zaczynają panikować. Trzeba na gwałt udoskonalić swoje produkty, stworzyć nowe, oczywiście na wzór „disruptiv innovation". I tu pojawia się nowy problem. Konsumenci produktu podstawowego zaczynają interesować się bardziej nowymi produktami w atrakcyjnych cenach. To początek „kanibalizacji".
Branżę poligraficzną czeka zdecydowana i radykalna przemiana. Może ona przyjąć formę ewolucji, czyli małych kroczków, albo rewolucji, czyli dużych, zdecydowanych kroków. 

Wg dr Benhama Tabrizi, profesora na Uniwersytecie Standforda i autora książki „Skuteczna transformacja”:
„(...) przemiana jest zmianą w funkcjonowaniu przedsiębiorstwa, a jej celem jest osiągnięcie poprawy wyników przedsiębiorstwa poprzez jego lepsze dostosowanie się do zmieniających się warunków i wymagań rynkowych”. 
Ewolucja wydaje się bezpieczniejsza, ale jest wolniejsza. Na dodatek, jak pisze Benham Tabrizi, w przeszłości menedżerowie, którzy próbowali coś zmienić, stosowali tzw. reinżynierię (ang. reengienering). Polegało to na wprowadzaniu zmian tylko w jednym obszarze, np. cięcie kosztów, nowe produkty, strategia. Tego rodzaju działania okazały się nieskuteczne, gdyż były fragmentaryczne, trwały zbyt długo (zmiany były wprowadzane jedna po drugiej i proces ten był niejednokrotnie wolniejszy, niż zmiany na zewnątrz firmy) i doraźne, a więc nastawione na natychmiastowy, możliwie jak najszybszy skutek.  

Czy w dzisiejszych czasach prasa i branża poligraficzna może sobie pozwolić na powolne zmiany ewolucyjne? 


21.1.13

Żegnaj Gutenberg (cz. 1)

Jeśli teraz zastanawiamy się tak często nad przyszłością książki drukowanej, to dlatego że jej rywal - książka elektroniczna nie jest już ani przedmiotem z science-fiction, ani gadżetem technologicznym zarezerwowanym dla nielicznych amatorów nowinek.


Kiedy w XIX w. budowano w USA pierwsze linie kolejowe, właściciele sieci dyliżansów spoglądali na nie z nieufnością i z pewnym lekceważeniem. „Koń był, jest i będzie” - mówili szefowie Pony Express, przekonani, że ich rącze rumaki jeszcze długo będą wozić pasażerów i przesyłki pocztowe. "Gdybym na początku swojej kariery zapytał się klientów, czego chcą, wszyscy byliby zgodni: chcemy szybszych koni. Więc ich nie pytałem" - mówi Henry Ford. 

Ale niektóre firmy od razu dostrzegły w stalowych rumakach potencjał rozwoju dla własnego biznesu. Zaczęły budować swoje magazyny koło nowo powstałych kolejowych bocznic. Dzięki temu ich przychody powiększyły się kilkakrotnie, a niektóre z nich jako jedyne z swojej branży przetrwały późniejsze kryzysy. 

Firma Wells, Fargo & Company poszła dalej: oprócz przewozu pasażerow i przesyłek dyliżansami zaczęła świadczyć usługi bankowe i zainwestowała w kolej. Kilkadziesiąt lat później, dyliżanse Pony Express zostały sprzedane do Hollywoodu, a Wells, Fargo & Company jest dziś jednym z największych banków amerykańskich, notowanym na giełdzie w Nowym Jorku.

Wiele wskazuje na to, że przemysł poligraficzny znajduje się dziś w podobnej sytuacji. Muzyka i prasa wczoraj, kino dziś, książka jutro - cyfryzacja kolejnych gałęzi gospodarki postępuje w szybkim tempie. Internet, jedna z najszybciej rozwijających się technologii w naszej historii, to prawdziwa rewolucja, która zmieniła reguły gry w mediach raz na zawsze. Nie tylko zresztą w mediach.

Spadek sprzedaży dzienników postępuje w szybkim tempie od kilku lat. Za sprawą internetu i nowych mediów, tradycyjne media i zawodowi dziennikarze stracili monopol na przekazywanie informacji i opinii. 

Francuski naukowiec Joël do Rosnay mówi nawet o swoistej walce klas między „infokapitalistami" (elitami i wielkimi rodzinami z kapitałem finansowym i produkcyjnym dominującymi w mediach) a „pronetariatem" - masami, które dzięki internetowi odgrywają coraz większą rolę w globalnym procesie tworzenia i dystrybucji informacji. W swojej książce „La Revolte du Pronetariat. Des mass media aux media des masses", Joël do Rosnay pisze: 
„Masowa i wspólna produkcja informacji cyfrowych przez pronetariat reprezentuje rewolucję tak samo ważną jak ta z początków ery przemysłowej, której symbolem była maszyna parowa, później intensywna mechanizacja i automatyzacja".

Nowe technologie i urządzenia, jak smartfony i tablety, rozbijają tradycyjne modele biznesowe. 
„Dziś mamy dwa rodzaje modeli biznesowych: te, które już zmieniły się pod wpływem nowych technologii i te, które się zmienią”, twierdzi Wall Street Journal w czerwcu 2011 r. 
Papier nie jest już jedynym wehikułem kultury pisanej. Czy to już koniec epoki Gutenberga? Czy może istnieć świat bez prasy papierowej i bez druku? „Papier nie zginie. Był, jest i będzie. Książka się zmieni, ale nie zniknie” - słyszę to często u znajomych drukarzy. Skąd to wiara, że papier jest wieczny, że przetrwa cyfrowy huragan? 

Jeśli teraz zastanawiamy się tak często nad przyszłością książki drukowanej, to dlatego że jej rywal - książka elektroniczna nie jest już ani przedmiotem z science-fiction, ani gadżetem technologicznym zarezerwowanym dla nielicznych amatorów nowinek. Pojawiła się na stałe w katalogach słynnych wydawców i sklepów, jak Kindle od Amazone’a czy Nook od Barnes & Noble. Bazując na hurra-optymistycznych prognozach sprzedaży tabletów, eksperci szacują, że w 2020 roku co druga sprzedana książka będzie cyfrowa.

W Polsce, tablet za 1 zł jest już w ofercie Orange od października 2012 r. To pewne, że za Orangem pójdą inni operatorzy telefonii komórkowej, co spowoduje prawdopodobnie dawno oczekiwaną falę zakupów tabletów. W 2012 r. pojawił się w Tesco tablet marki Lark za kwotę 249,99 złotych. W grudniu 2012 r., ruszyła w Biedronce promocja na tablety myTab za 229 złotych i 499 złotych. Za Tesco i Biedronką pójdą inni.  Czy to oznacza, że ludzie przestaną kupować książkie papierowe? Wg badania Bowker International E-book Consumer Trends and Forecast, co dziesiąty posiadacz tabletu w Wielkiej Brytanii przestaje kupować książki. W Polsce może być podobnie.

Warto zacytować w tym kontekście projekt Fatith, który realizuje od 2011 r. rząd turecki. Celem tego projektu jest wprowadzenie we wszystkich szkołach w Turcji tabletów zamiast książek drukowanych w ciągu czterech lat. Projekt wspierany jest przez firmy: Apple, Microsoft i Intel. Pierwsza fala przewiduje wprowadzenie ok. 13 milionów tabletów, druga - 16 milionów. Elektroniczne podręczniki też mają być darmowe. 

Co gorsza, już nie tylko Amerykanie coraz mniej czasu poświęcają na lekturę. Europejczycy też czytają coraz mniej dla przyjemności. Studenci, niegdyś uprzywilejowana grupa czytelnicza, przyznają, że coraz większą część wolnego czasu poświęcają na inne media (telewizja, gry wideo, komunikatory), głównie w internecie, kosztem lektury książek. Spadek czytelnictwa wśród młodzieży potwierdzają wyniki wszystkich badań od kilku lat.

Wraz z ebookami i tabletami za 1 zł kończy się epoka zapoczątkowana wynalazkiem Gutenberga, dzięki któremu dominacja druku zrewolucjonizowała nasz stosunek do pisania, do tekstów i zmieniła nasze widzenie świata. Era cyfrowa, w którą wkroczyliśmy, nie wymaże pięciu wieków kultury książki drukowanej, ale będzie miała równie głębokie skutki jak te, które od pierwszej Biblii do komiksów Hergé w Tintin z roli głównej ukształtowały naszą myśl i naszą wrażliwość.

Wiele firm z plejadą zdolnych, inteligentnych menedżerów nie może jednak zrozumieć, że właśnie zaczęła się nowa era. Dlaczego nie potrafią zainicjować innowacyjnych rozwiązań, a raczej dlaczego robią to tak rzadko? Jak przygotować się do działań w nowej epoce?