O mnie


W skrócie 

Jestem dziennikarzem z zawodu, z wykształcenia i z pasji. 

Zacząłem moją karierę dziennikarską we francuskich dziennikach „Le Quotidien de Paris” i „Le Figaro" w Paryżu pod koniec lat 80. 

Po powrocie do Polski w 1994 r., pracowałem przez kilka lat jako korespondent sześciu francuskich mediów, w tym: 
W Polsce, po krótkiej przygodzie z „Super Expressem", trafiłem do pierwszej polsko-francuskiej szkoły dziennikarstwa Mastère en Journalisme Européen w Warszawie, założonej przez L’Ecole Supérieure de Journalisme de Lille. 

Zarządzałem szkołą przez trzy lata, a po jej zamknięciu, otworzyłem własną firmę doradczą Urbanowicz Consulting dla mediów i agencję dziennikarską Mediapolis, wyspecjalizowaną w Content Marketingu. Agencja zaczynała, jako spółka polsko-francuska, od wydawania gazet dla klientów i pracowników dla dużych klientów, jak PKN Orlen, PZU czy TP SA (obecnie Orange), a po kilkuletniej transformacji cyfrowej stała się agencją interaktywną należącą do międzynarodowej sieci Revsquare (obecnie Pentalog). 

Teraz trochę więcej w formie historii.

Ucieczka do wolności

Moja przygoda z dziennikarstwem rozpoczęła się w Institut Français de Presse w Paryżu w 1987 r. 

By móc studiować, a później uprawiać dziennikarstwo, wyjechałem z Polski w 1986 r., pięć lat po wprowadzeniu stanu wojennego. 

Odbyło się to w dość karkołomny sposób, gdyż ówczesna władza pozbawiła mnie paszportu, bez którego nie mogłem wyjechać z PRL-u za granicę. Ale udało się

Moją ucieczkę do wolności przygowywałem przez pół roku, w tajemnicy przed (prawie) wszystkimi. Nawet moi Rodzice dowiedzieli się o tym w przeddzień wyjazdu.

Dziennikarz ma jedną religię - to religia faktów

Na dziennikarstwie w Paryżu poznałem lepiej dziennikarzy i nauczyłem się trzech podstawowych reguł:

  1. Prasa jest czwartą władzą, obok władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, a jej rolą jest kontrolować trzy pozostałe władze i być „psem łańcuchowym demokracji". „Prasa jest po to aby służyć rządzonym, a nie rządzącym”, „Media i dziennikarze mają za zadanie ochraniać i bronić rządzonych przed rządzącymi"- wykładowcy powtarzali to jak mantrę. 

  2. Dziennikarz ma jedną religię - to religia faktówNie powinno się mieszać opinii z faktami, bo - jak mawiali starsi koledzy po fachu - „On ne mélange pas torchons et serviettes" (dosł. tłum. "nie miesza się ścierek z serwetkami"). 

  3. Wszystkie ważne informacje muszą być sprawdzone z co najmniej dwóch różnych źródeł. Moje późniejsze doświadczenie w mediach pokazuje, że to nie jest nieraz najłatwiejsze do wykonania.
Dziennikarze i profesorowie prowadzący zajęcia, a później moi francuscy redakcyjni koledzy, dość powszechnie powielali mit o dziennikarstwie jako o znakomicie wykształconej elicie, która ma misję publiczną do zrealizowania. Słabością tej koncepcji jest to, że ta społeczna odpowiedzialność była czysto uznaniowa i to dziennikarz miał sam decydować o jej istocie. 

Mój pierwszy artykuł był o Pomarańczowej Alternatywie

Rozpocząłem karierę dziennikarską pod koniec lat 80. w dziale zagranicznym dziennika „Le Quotidien de Paris” w Paryżu, pisząc jednocześnie pod pseudonimem do działu ekonomicznego „Le Figaro”, jednej z najbardziej znanych gazet w Europie. 

W redakcji „Le Quotidien de Paris" większość dziennikarzy była po szkole dziennikarskiej, a w dziale zagranicznym, w którym pracowałem - wszyscy, a było nas siedmiu. 

Pięciu z nich miało w momencie kiedy pracowaliśmy razem, lub później, już w innych gazetach, status „Grand Reporter". To jeden z najbardziej prestiżowych tytułów w zawodzie dziennikarza we Francji i świadczy o przynależności do dziennikarskiej arystokracji. 

Pierwszy mój większy artykuł opublikowany w „Le Quotidien" był o Pomarańczowej Alternatywie antykomunistycznym ruchu happeningowym stworzonym we Wrocławiu przez Waldemara Fydrycha, ps. Major. 

Redakcja dała mi na ten materiał całą kolumnę, co było ewenementem, bo w gazecie walczyło się o każdy centymetr na szpalcie. Szef napisał mi zajawkę na okładkę.

W Paryżu panowała wówczas moda na Polskę. 

Spotkałem Majora kilka lat później w Paryżu. Stał trochę zagubiony przy stoisku znanej polskiej artystki w Palais de la Decouverte (albo Grand Palais?) i rozdawał... egzemplarze „Le Quotidien de Paris" z moim artykułem o sobie. Nasza znajomość utrzymała się do dziś. 




Na pierwszą legitymację prasową czekałem ponad rok

Mój pierwszy komentarz napisałem po dwóch latach pracy w redakcji. Taka była niepisana reguła. Początkujący dziennikarze pisali newsy i wywiady, a jeśli potrafili - analizy i reportaże. 

Komentarze były zarezerwowane tylko dla wybranych, doświadczonych dziennikarzy. O tym kto jest „wybrany" decydowali szefowie działów i redaktor naczelny. 

W niczym mi to nie przeszkadzalo, gdyż nie interesowało mnie pisanie komentarzy zza biurka. Wolałem bardziej wymagające, dynamiczne gatunki dziennikarstwa: wywiady i reportaże, wymagajce pewnego sprytu, pomysłowości i zaangażowania. 

Na pierwszą legitymację prasową czekałem ponad rok. Żeby ją otrzymać, musiałem przedstawić dowody, że ponad 70% moich przychodów z ostatniego roku pochodzi z działalności dziennikarskiej. Teraz jest łatwiej - wystarczy 50% i trzy miesiące pracy w charakterze dziennikarza.

Codziennie pisaliśmy po 2 do 5 artykułów, plus drobnica

Pracy w redakcji było dużo, to normalne. Codziennie pisaliśmy po 2 do 5 artykułów o różnej dugości, plus "obróbka" drobnicy, czyli krótkich newsów na boczne szpalty dziennika. 

Nie było wiele czasu na pogaduszki przy dystrybutorze kawy.

Wszyscy wiedzieliśmy, że jest deadline, i że informacje, które nie pojawią się w gazecie następnego dnia, będą musiały poczekać do następnego wydania, 24 godziny później. W większości przypadków było już za późno i szły do kosza.  

Własna sieć kontaktów była kluczowa. Kto nie miał dobrych kontaktów, nie miał newsa. A kto nie ma newsa, nie istnieje w tym zawodzie.

Każdy dziennikarz, niezależnie od medium, w którym pracował, musiał mieć dobry notes z adresami i telefonami. To była jego wartość dodana w porównaniu z innymi kolegami. 

Każdy z nas miał budżet reprezentacyjny na utrzymywanie swoich kontaktów. Jedni większy, inni mniejszy. Nikt się tym nie chwalił. 

Wieczorami często prowadziłem w redakcji „Le Quotidien" ostatnie wydanietzw. "der",  zamykane o północy. 

Pracowałem wówczas głównie na depeszach agencyjnych i ostatnich materiałach od korespondentów i reporterów.  

Część szła do łamania bez poprawek, część musiałem przeredagować. 

Później układaliśmy materiały na stronie z grafikami w studiu graficznym, tzn. oni łamali kolumny, a ja im aktywnie towarzyszyłem, ucząc się przy okazji zasad kompozycji graficznej. 

„Le Quotidien de Paris" był gazetą polemiczną, prawicową i liberalną

„Le Quotidien de Paris" był z założenia gazetą polemiczną, prawicową i liberalną, otwartą na wszystkie polityczne opinie z wyjątkiem komunistycznych. 

Na jednej kolumnie można było znaleźć jedną opinię "za", obok drugą "przeciw", a pod spodem "za, ale jednak przeciw". 

Komentarze redakcyjnych kolegów przeplatały się jakby naturalnie z opiniami liberalnych lub konserwatywnych współpracowników. 

Nikogo to nie szokowało, postrzegaliśmy to jako element naszego dziennikarskiego DNA i uniwersalnej filozofii otwarcia na świat.

Stan permanetntego wrzenia intelektualnego

Gazeta była taka jak jej założyciel, Philippe Tesson, fantastyczny dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, znany komentator polityczny, pisarz i krytyk teatralny. Tak bardzo kochał teatr, że na początku 2010 r. kupił w Paryżu Théâtre de Poche-Montparnasse, który odnowił i uruchomił trzy lata później. 

To Tesson utrzymywał w „Le Quotidien de Paris", aż do końca jego istnienia w 1994 r., stan permanetntego wrzenia intelektualnego i ciągłych debat z udziałem wszystkich, którzy mieli coś istotnego do powiedzenia, bez względu na ich przekonania polityczne. 
„Tesson należy do zanikającej rasy dziennikarzy. Wolni ludzie, prowokacyjni, bezczelni, przesadni, broniący prasy opiniotwórczej bardziej niż informacji", pisał o nim „Le Monde". 
Choć Tesson jest intelektualistą o przekonaniach prawicowych, jego celem była ucieczka od dychotomii politycznej w coraz bardziej złożonym świecie, którego nie da się podzielić na dwie części: prawicę i lewicę. 

Debaty, które inicjował były żywe, burzliwe, ale na wysokim poziomie intelektualnym, co doceniali również jego przeciwnicy - dziennikarze i politycy.

Zawsze, zresztą do dziś, zaskakuje mnie we Francji wysoki poziom kultury debaty intelektualnej. Francuscy intelektualiści i dziennikarze debatują przy użyciu racjonalnych argumentów, nawet jeśli emocje są w zenicie. 

Do wyjątków należy mój były redakcyjny znajomy, Eric Zemour, prawicowy dziennikarz, pisarz i eseista, który opanował do perfekcji gorącą, brutalną prowokację bez granic. 

Moda na pisanie książek przez dziennikarzy

We Francji wielu dziennikarzy, szczególnie dziennikarzy politycznych, pisze książki, nieporównywalnie więcej niż w Polsce. 

Niektóre redakcje, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, przyznają im na to urlopy. 
Dziennikarze piszą książki, a pisarze mszczą się pisząc artykuły w gazetach", naśmiewa się z tego parcia na półki księgarni „Le Figaro". 
Pisanie książek przez dziennikarzy jest we Francji postrzegane jako naturalne przedłużenie zawodu dziennikarza. 

Nie mówię o pisaniu wywiadów-rzek, tak popularnych w Polsce, a będących przykładem ubóstwa intelektualnego, gdyż jest to gatunek nie wymagający wiedzy lub intelektualnego wysiłku. 

Mówię o esejach, biografiach i analizach, będących gatunkiem bardziej wyrafinowanym, wymagającym często solidnej erudycji i ogromnej, czasochłonnej pracy na etapie research'u. 

Oczywiście nie każdy z 35.000 francuskich dziennikarzy (dane za 2019 r.), czyli osób posiadających legitymację dziennikarską (co ciekawe, ale logiczne  - osoby prowadzące działalność gospodarczą nie mają prawa do legitymacji prasowej), pisze eseje. 

Jest jednak moda moda na pisanie książek i utrzymuje się ona w branży dziennikarskiej niezmiennie od... kilkuset lat. 

Dlaczego tylu dziennikarzy pisze książki, we Francji czy w Stanach Zjednoczonych? Niech na to pytanie odpowie były dziennikarz „New York Times", Bruce Watson:  
"Jako były dziennikarz i autor czterech powieści, chcę wyjaśnić, dlaczego zacząłem pisać. Pisanie, jak również research, którego wymaga pisanie powieści, pozwalają autorowi uciec od ulotnych, banalnych, nieciekawych rzeczy, które zaśmiecają codzienne życie".
QED.

Życie 200 km/godz.

Oprócz pracy etatowej w „Le Quotidien" i regularnej współpracy na freelansie z „Le Figaro", pisałem regularnie artykuły dla kilku innych gazet. 


Dodatkowo, przez prawie dwa lata, prowadziłem po polsku wieczorne wydanie wiadomości w paryskim radiu „Solidarność" (PDF), założonym przez Francuzów po wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 r.  Przez pewien czas współpracowaliśmy tam razem z Piotrem Bakalem, poetą, kompozytorem, i pieśniarzem.  

Peerelowska propaganda wyzywała założycieli i dziennikarzy radia od  "Mecenasów i autorów antypolskiej hecy" („Trybuna Ludu"). 

Materiały na antenę przygotowywalem wstępnie w ciągu dnia w redakcji „Le Quotidien de Paris", ale segregowałem je i dopinałem w taksówce jadąc z Neuilly, gdzie mieściła się moja redakcja, do paryskiej dzielnicy Montmartre, w której znajdowała się redakcja radia. 
 

Napędzała mnie, jak to jest zazwyczaj u dziennikarzy, ciekawość świata, pogoń za adrenaliną, no i te ciągłe zmiany, jak w kalejdoskopie... 

Lubiłem to życie pędzące 200 km/godz. 

 Zasada nieufności wobec polityków

To były czasy rozkwitu 
dziennikarstwa tradycyjnego, solidnego, poważnego do bólu. Misją dziennikarza było uczynić interesującym to, co ważne, a nie ważnym to, co interesujące. 

Zasada nieufności wobec polityków, urzędników i dyplomatów była święta, mania sprawdzania - wszechobecna. Jeżeli nie udało się potwierdzić ważnej informacji przed deadlinem o godz. 19:00, musieliśmy ją wyciąć z tekstu. 

To bolesne doświadczenie, bo pogoń za scoop'em bywa czasochłonna, a własna ekskluzywna informacja wydaje się w danej chwili prawie najcenniejszą rzeczą na świecie. 

W środowisku dziennikarskim we Francji żywy był jeszcze wtedy romantyczny mit Ernesta Hemingwaya  i Josepha Kessela, francuskiego poszukiwacza przygód, dziennikarza, reportera, lotnika, bojownika ruchu oporu i wspaniałego powieściopisarza. 

Zaczytywałem się w reportażach tych autorów, pożerałem też książki Ryszarda Kapuścińskiego. 

„Pisz jakbyś opowiadał historie. Ludzie kochają historie"

Reportaży zagranicznych było dość dużo. Z każdego przywoziłem materiał na co najmniej jedną książkę, ale zanim zdążyłem uporządkować notatki, już wskakiwałem do metra lub taksówki pędząc na kolejne spotkanie, albo do następnego samolotu. 
„Opowiadaj historie. Ludzie kochają historie", tłumaczył mi mój szef, Paul Cambon. 
No to opowiadałem, a raczej próbowałem opowiadać. 

A historie, czyli reportaże brali wszyscy wydawcy. Odwiedziłem więc m. in. Albanię, Belgię, Bułgarię, Kanadę, Czechy, Finlandię, Liban, Maroko, Polskę (2-3 razy w roku po upadku PRL-u), Rosję, Rumunię, Senegal, Słowację i byłą Jugosławię. 

Backgroundy do artykułów pisałem zazwyczaj w samolocie, by nie tracić czasu na miejscu. Jak nie zdążyłem sobie skserować materiałów przed wyjazdem, panie z archiwum wysyłały mi je faksem do hotelu, gdzie czekały na mnie w recepcji.  

Byłem na dwóch wojnach: w Libanie i w byłej Jugosławii. 

Reportaż wojenny to duże przeżycie. Wszystko dzieje się bardzo szybko, nie wiadomo, co zdarzy się za chwilę. To co zaplanowałeś i ustaliłeś rano, może być już nieaktualne w południe. 

Niby czas płynie szybciej, ale ciągle na coś trzeba czekać. Tylko wieczory są podobne.

W Libanie wszyscy wtedy walczyli wtedy ze wszystkimi

Do Bejrutu poleciałem przez przypadek. 

Siedzimy sobie wieczorem w redakcji popijając whisky, dzwoni telefon. Mój szef, Paul Cambon, odbiera, patrzy na zegarek, później na mnie i pyta ze swoim śpiewnym akcentem pied-noir: 
- Masz przy sobie szczoteczkę do zębów?
- No pewnie, odparłem z uśmiechem podejrzewając jakiś kawał.
- Yalla, yalla, pakuj się, jedziesz do Libanu na reportaż.

Zatkało mnie. 

Dwie godziny później byłem na lotnisku pod Paryżem, skąd odlecieliśmy do Bejrutu samolotem 
wyczarterowanym przez kilku francuskich polityków. Normalnie, na ten reportaż powinna jechać koleżanka zajmująca się krajami arabskimi, ale właśnie była za granicą, chyba w Algierii. A moi koledzy z działu zagranicznego mieli coś pilnego do roboty. 

Miałem naprawdę szczęście! 

W Bejrucie zaczęło się z grubej rury: przy lądowaniu na kawałku asfaltowej drogi udającej lotnisko, nasz samolot został ostrzelany, prawdopodobnie przez syryjskich żołnierzy otaczających stolicę Libanu. 

Nikomu nic się nie stało. Przez jakieś podwórka i piwnice dotarliśmy do bunkra generała Michela Aouna, osaczonego przez syryjskie wojska. Wiele lat później Aoun zostanie prezydentem Libanu. 

W Libanie wszyscy walczyli wtedy ze wszystkimi, tak przynajmniej to wyglądało. O tym wieloletnim konflikcie w cedrowym kraju mówiono wówczas „Libański kocioł". 

Dopiero na miejscu zdałem sobie sprawę co to tak naprawdę oznaczało. 

Pamiętam takie dziwne drzewa w porcie Jounieh, na pólnocy Bejrutu. Z daleka wyglądały jakby były oplecione hubami. A one po prostu były naszpikowane odłamkami.

„Wiesz, piękna jest wojna nocą, zobacz!"

W Bejrucie każdy z nas - było nas w sumie sześć osób, w tym trzej francuscy dziennikarze i trzej deputowani - miał osobistego ochroniarza. 

Chodziło o to, by nikt nas nie porwał, a groźba była realna, gdyż w Libanie ciągle wtedy ktoś kogoś porywał, albo dla zwykłego okupu, albo jako monetę przetargową w jakichś negocjacjach. 

Mój ochroniarz miał ksywkę Rambo. Mówił o sobie, że jest zawodowym żołnierzem, ale w rzeczywistości był bojownikiem z chrześcijańskiej milicji Les Forces libanaises

Rambo wyglądał naprawdę groźnie. Ubrany był w czarny mundur, bez żadnych dystynkcji, jak wszyscy inni nasi ochroniarze. Obwieszony taśmami z amunicją i granatami, z długim nożem przy pasie, wyglądał jak jego filmowy bohater. Jego koledzy ochroniarze trochę się z tego podśmiewali, ale on nic sobie z tego nie robił. 

Rambo nie odstępował mnie na krok. Ciągle łapał mnie za kurtkę na wysokości ramienia i lekko przyciągał, by upewnić się, że ma mnie pod kontrolą. 

- Chcesz zobaczyć prawdziwy front? - zapytał w pewnym momencie. Chciałem. 

No to pojechaliśmy wszyscy na front, czyli na tę słynną Zieloną Linię. Po Bejrucie przemieszczaliśmy się w pięcioma czarnymi, terenowymi Toyotami. W czasie jazdy ochroniarze wystawiali lufy Kałasznikowów przez uchylone okna na zewnątrz, żeby je było widać. 

Kiedy gdzieś zatrzymywaliśmy się, pierwsza i ostania Toyota stawały w poprzek ulicy i blokowały ją. Nikogo to jakoś nie dziwiło. Owszem, ktoś tam trąbił, ale chyba bez większej nadziei na odblokowanie drogi. 

-  Wiesz, piękna jest wojna nocą, patrz! - powiedział Rambo jak już przykucnęliśmy w okopie na Zielonej Linii. 

Trochę teatralnym gestem odbezpieczył swojego Kałasza, wymienił magazynek i wystrzelił w stronę "wroga" kilka serii pocisków smugowych, które rozświetliły mrok na Zielonej Linii w Bejrucie. 

Jaki wróg? Były kolega z podwórka, tylko że muzułmanin, teraz po drugiej stronie frontu. C'est la vie...

- O, patrz, już mi odsyła serię ze swojego Kałasza - zaśmiał się, pokazując palcem pociski smugowe wracające w naszą stronę zza Zielonej Linii, w kilku trajektoriach.

Nie mogę zapomnieć tych białych smug w ciemności. 

Na słowa zafascynowanego wojną, młodego chłopaka, który nie miał czasu, by nauczyć się dobrze grać w piłkę, bo od razu poszedł do lokalnej milicji, nałożyło się tej nocy trochę nierealne wrażenie wzrokowe.

Piękne i przerażające zarazem...

Rambo opowiedział mi historię, która wiele mówi o ówczesnym Libanie. 

Kiedyś mieszkańcy bloku, w którym mieszkał, zadecydowali, że kupią sobie... działko (lub moździeż) i będą z niego strzelać do wroga zza Zielonej Linii. Dzieliła ona miasto na wschodnią i zachodnią część, zamieszkaną przez muzułmanów. 

Jak już postawili to działko na podwórku, ustalili harmonogram - każda rodzina miała swój dzień strzelania do muzułmanów. 

Jednego dnia, któraś rodzina pomyliła się i wystrzelała rankiem zapas amunicji należący do innej rodziny. 

Ci zbiegli wściekli na dół z bronią i zaczęli strzelać do „złodziei".  W strzelaninie zginęło kilka osób. 

Prawie rok śledztwa dziennikarskiego w Rosji 

W tym okresie napisałem i wydałem moją pierwszą książkę pt. „L'empire nucléaire éclaté" o rozpadzie byłego ZSRR, o post-sowieckiej mafii i przemycie materiałów radioaktywnych.

Śledztwo dziennikarskie zajęło mi prawie rok, z czego ponad 5 miesięcy spędzone w Rosji. Po Moskwie przemieszczałem się metrem lub prywatnymi samochodami „za piaciorku", które po prostu zatrzymywałem na ulicy. 

Zawsze miałem na sobie jakieś ubranie kupione w GUM-ietrzypiętrowym domu handlowym w pobliżu Placu Czerwonego w Moskwie, np. kurtkę lub sweter, a w kieszeni rosyjską gazetę.

W tłumie byłem nie do odróżnienia od rodowitych Moskwiczan, oczywiście do momentu, kiedy się nie odezwałem, bo akcent miałem konkretny. No, ale kto jest w stanie opanować śpiewny, ruchomy rosyjski akcent? 

W Mowskwie nigdy nie zatrzymywałem się w hotelu, tylko u przyjaciela, rosyjskiego artysty mieszkającego na przedmieściach rosyjskiej stolicy, nieżyjącego już dziś Wiktora Nikołajewa

Wiktor mieszkał sam, bo po siódmej żonie miał już "trochę dość bab". - Пока хватит... (Na razie wystarczy) - mówił z porozumiewawczym uśmieszkiem.  

Co wieczór spisywałem w moim PowerBooku, pierwszym hitowym laptopie Macintosha, notatki na dyskietki, które chowałem w skrytce, na wszelki wypadek. 

Pewnie nie na wiele by mi się to zdało w razie jakiejś rewizji KGB, ale przynajmniej czułem się lepiej.



W Rosji też miałem szczęście. W czasie jednego z pobytów w Moskwie, umówiłem się na spotkanie z „urzędnikiem średniej rangi” Ministerstwa Ochrony Środowiska. To była jedyna osoba w tej instytucji, która zgodziła się mnie przyjąć. 


Szedłem na to spotkanie z przekonaniem, że to tylko strata czasu. 


Mój rozmówca zszedł po mnie na recepcję smutnego, szarego gmachu, w którym mieściło się ministerstwo. 


Wjechaliśmy windą do góry. Wysiedliśmy, a on poprosił, żebym nie szedł obok niego, tylko trochę z tyłu, jakbyśmy się nie znali. - O, coś się dzieje, dobry znak - pomyślałem. 


Dośc długo szliśmy, w końcu Rosjanin zatrzymał się na końcu korytarza, wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył drzwi. Ciemny, mały pokoik, biurko, obdrapana szafa pancerna. Trochę skromnie jak na gabinet „urzędnika średniej rangi ". 


- Możemy rozmawiać otwarcie, nie jestem już pracownikiem ministerstwa, złożyłem rezygnację - rozpoczął romowę. Miał dość „ekologicznych mistyfikacji" i całego tego lobby atomowego, które sterowało „marionetkowym ministrem Ochrony Środowiska". 


Rosjanin przekazał mi wiele cennych informacji oraz masę dokumentów, które wyniosłem w mojej torbie z ministerstwa. 


Afera z czerwoną rtęcią z KGB w tle


Dzięki niemu dowiedziałem się o fascynującej mistyfikacji KGB z czerwoną rtęcią. 


KGB wymyśliło substancję, która miała służyć do budowy bomby jądrowej, i sprzedało ją przez podstawionych agentów organizacjom terrorystycznym i co najmniej jednemu rządowi z Bliskiego Wschodu. Mieli ją stworzyć potajemnie radzieccy naukowcy w latach 80. 


Istnienie czerwonej rtęci potwierdzali znani eksperci i naukowcy z całego świata. Wszystkim zachodnim rządom zależało na tym, żeby jak najwięcej podejrzanych typków dalo się nabrać na bajeczkę o genialnym materiale do budowy bomby jądrowej. 

W rzeczywistości oszuści sprzedawali 
za grube pieniądze wodę w kolorze czerwonym, barwioną m. in. sproszkowanymi cegłami.  


Wielu moich znajomych uważało, że to fajny materiał na powieść. Powstało ich zresztą kilka na ten temat kilka lat później. 


Każdy artykuł pisany pod innym kątem

Po powrocie do Polski, w drugiej połowie lat 90. pracowałem krótko w „Super Expressie", gdzie byłem zastępcą Redaktora naczelnego. Ściągnął mnie tu Grzegorz Lindenberg, założyciel tego pierwszego polskiego tabloidu. 

Szybko jednak wróciłem do prasy francuskiej. Przez kilka lat byłem korespondentem prasy i radia francuskiego, m. in. dzienników „Le Parisien”, „Info-Matin”, magazynu ekonomicznego „Le Moniteur du Commerce International” i Radio France Internationale. 

Bywały dni, że pisałem artykuły dla 3-4 gazet jednocześnie. Niektóre teksty wysyłałem faksem, inne dyktowałem przez telefon redakcyjnym stenotypistkom. 

Dziewczyny były szybkie, ale ich największym problemem były nazwiska. Trzeba je było przeliterowywać wiele razy, a i tak w końcu gubiły się w spółgłoskach, których było dla nich zdecydowanie za dużo. 

Temat artykułów newsowych prawie zawsze był ten sam dla wszystkich, musiałem więc kombinować, by każdy artykuł był pisany pod innym kątem. 

Jeden był w lekkim stylu, reportażowy, zacznał się od scenki, w stylu amerykańskim, inny poważniejszy, z cytatami mądrych ekonomistów. Trzeci na przykład w formie wywiadu dziennikarskiego.

W radiu najgorsze było wstawanie o godz. 6:00

Moja współpraca z Radio France Internationale powinna była nauczyć mnie już na dobre wstawania bardzo wcześnie rano, ale tego akurat mnie nie nauczyła. Za to nauczyła mnie pisac krótko. 

Wracałem właśnie do Warszawy z wakacji. Wchodzę do mojego budynku na warszawskim Służewcu, już na schodach słyszę, że dzwoni telefon w moim mieszkaniu. 

Biegiem do telefonu.

- Cześć, potrzebujemy coś o Polsce, możesz nam coś szybko zrobić? - pyta znajomy dziennikarz z Radio France Internationale z Paryża.
- Tak, ale wiesz, właśnie wracam z wakacji za granicą, nawet jeszcze nie wiem co się dzieje. Na kiedy ma być materiał? - pytam.
- No, za 2-3 godziny, zdążysz?

Zdążyłem. Tak zaczęła się moja dwuletnia współpraca z Radio France Internationale. W przeddzień wejścia na antenę pisałem tekst, który czytałem, a właściwie opowiadałem. 

Najgorsze było wstawanie o godz. 6, później ćwiczenia ust, policzków, żuchwy oraz języka przed lustrem. Po 7:00 wchodziłem na antenę z korespondencją na żywo, przez telefon. 

Zawsze 60 sekund. 

I wszystkie przecinki w tekście zastąpione kropkami, żeby nie zabrakło oddechu, i żeby było łatwiej przeczytać. 


Przygoda ze szkołą dziennikarstwa

Od początku lat 90. prowadziłem dużo szkoleń z dziennikarstwa we Francji i w Europie Wschodniej i Centralnej z ramienia L'Ecole Supérieure de Journalisme de Lille (ESJ). Ciągle gdzieś jeździłem, Polska, Bułgaria, Rumunia...

Podobało mi się dzielenie się wiedzą, dyskusje z kolegami po fachu z innych krajów, porównywanie różnych światów. Oni tak naprawdę odkrywali czym jest dziennikarstwo i na czym polega praca dziennikarza. 


Ecole Supérieure de Journalisme de Lille w Warszawie

Kiedy mój przyjaciel, Robert Latxague, dziennikarz i pisarz, pierwszy dyrektor polsko-francuskiej podyplomowej szkoły dziennikarstwa Mastère en Journalisme w Warszawie, założonej przez L’Ecole Supérieure de Journalisme de Lille, zaproponował mi przejęcie pałeczki, zgodziłem się bez wahania. 

I tak zostałem menedżerem z pensją płaconą przez rząd francuski, via ESJ. 

Przygoda z L’Ecole de Journalisme de Lille, jednej z największych szkół dziennikarstwa w Europie, trwała 4 lata. Prowadziliśmy zajęcia dla sudentów Mastera, szkoląc jednocześnie dziennikarzy w redakcjach w całej Polsce. 

Szkolenia w redakcjach trwały wówczas 5 dni. Prowadzili je dziennikarze, których sprowadzałem z Francji. 

Poznałem wówczas mnóstwo fantastycznych ludzi, m. in. Waldka Milewicza i Mathieu Cosson'a, ówczesnego prezesa Polskapresse, który jako pierwszy w Polsce wsparł naszą szkołę dotacją. 

Mathieu rozumiał rolę szkoleń dla dziennikarzy. Sam był zresztą po szkole dziennikarstwa we Francji. Teraz jest dyrektorem prestiżowego wydawnictwa Gallimard/Flammarion w Paryżu. 

L’Ecole de Journalisme de Lille zamknęła Mastère en Journalisme w 1998 r. Rząd francuski uciął jej dotację, a polskie media nie kwapiły się z finasowaniem edukacji zawodowej. 

- Co, mamy płacić wam za szkolenie dziennikarzy, których za chwilę podbierze nam konkurencja?! - powiedział mi kiedyś znany redaktor starej daty z dużej, liberalno-lewicowej gazety. 

Ponad 20 lat doradztwa dla mediów

Po Mastère en Journalisme, zaczął się dla mnie wzmożony okres doradztwa i szkoleń. Po prostu i z rozpędu kontynuowałem działalność prowadzoną przez przez L’Ecole Supérieure de Journalisme de Lille.

I tak przez ponad 20 lat, a może nawet więcej, byłem konsultantem ds. strategii redakcyjnej w mediach w Polsce, Francji i Szwajcarii. 

Mniej pisałem z braku czasu, więcej pracowałem z zarządami grup wydawniczych, wydawcami i redaktorami naczelnymi m. in. PolskaPresse, Orkla (później Media Regionalne), Inforu czy szwajcarskiego Edipresse. 

Największa gazeta, w której doradzałem to francuski dziennik regionalny „Ouest-France": 
  • 800.000 egz. dziennej sprzedaży, 
  • 40 mutacji, 
  • 58 redakcji w 12 województwach, 
  • 560 dziennikarzy, 
  • 2.500 korespondentów 
  • i ponad... 40 newsletterów newsowych i tematycznych. 
Wiele nauczyłem się pracując z Jeff Mignon, byłym dziennikarzem, konsultantem, a obecnie Chief Growth Officer w firmie Pentalog

Jednym z najciekawszych projektów jaki prowadziliśmy razem w ramach Mignon-Media było opracowanie strategii print-online dla szwajcarskiej grupy Edipresse w Lausanne. Zajęło nam to prawie pół roku. 

Obaj z Jeffem skończyliśmy tę samą szkołę dziennikarstwa w Paryżu. 

Nasze wspólne projekty doradcze zawsze oparte były na solidnej pracy analitycznej i na twardych faktach, pochodzących m. in. z badań, które wykonywaliśmy, a nie tylko na samej intuicji redaktorów, bo to zdecydowanie za mało. 

Wierzę w intuicje, ale jeszcze bardziej wierzę w fakty. 

Polskie dziennikarstwo jest jak bigos

Po tych ponad piętnastu latach spędzonych głównie w mediach w Polsce i po tym co dzieje się w ciągu ostatnich kilku lat, stwierdzam z przykrością, że polskie dziennikarstwo jest jak bigos. Mieszają się w nim fakty, opinie, emocje, plotki, piar i reklama, a wszystko kotłuje się w małym, zaściankowym kociołku. 

Polskiemu dziennikarstwu zdecydowanie bliżej do Matta Drudge niż do „New York Times". W Polsce nie wykształciła się jeszcze rodzima kultura dziennikarstwa. 

Te rzeczy zawsze będą zaskakiwać zagranicznych dziennikarzy:
  • Publicyści. Skąd to powszechne uwielbienie w branży dziennikarskiej dla tzw. publicystów, czyli osób praktykujących tylko subiektywne gatunki wypowiedzi, głównie komentatorze i felietony? W jęz. angielskim słowo „publicist" oznacza, wg Wikipedii, specjalistę public relations. W języku francuskim, słowo "publiciste" jest staromodne w odniesieniu do dziennikarzy i mocno trąci myszką. Określano nim komentatorów za czasów... Honoré de Balzac, Stendhala i Charlesa Dickensa. Wtedy publicyści pisywali m. in. pamflety, bardzo emocjonalne, satyryczne, ale też często brutalne, formułowane w pseudo-demaskatorskim i oskarżycielskim tonie pod adresem władzy. 

  • Brak szkół dziennikarstwa opartych na warsztacie. W Polsce ciągle uczy się studentów nie samego dziennikarstwa, ale o dziennikarstwie. 
Po 30 latach demokracji, dorobiliśmy się zaledwie w Polsce dziennikarskiej pop-kultury z całą masą subkultur politycznych, które wzajemnie się zwalczają i nakręcają. 

Renesans pamfletu w Polsce anno domini 2020 to materiał na pracę magisterską, podobnie jak „paski grozy" z TVP. 

Pierwsza w Polsce dziennikarska agencja wydawnicza

Do prowadzenia szkolenia, które organizowałem w „Kurierze Porannym" w Białymstoku zaprosiłem Mathieu Fantoni, dziennikarza i pisarza, szefa dziennikarskiej agencji wydawniczej Formules Presse z Paryża. 

To on namówił mnie na otwarcie pierwszej w Polsce dziennikarskiej agencji wydawniczej. 

Nazwałem ją Mediapolis i prowadziłem przez 18 lat. Agencja ewoluowała od wydawnictwa gazet firmowych i branżowych do agencji interaktywnej full serwis wyspecjalizowanej w Content Marketingu, czyli marketingu treści.

W pierwszym roku działania agencji, wygraliśmy wszystkie przetargi, w których startowaliśmy. Szok! 

Mediapolis weszła do międzynarodowej sieci agencji agencji doradczych dla mediów pod nazwą Revsquare (obecnie Pentalog).

Mediapolis to przykład udanej transformacji cyfrowej: agencja z tradycyjnego wydawnictwa prasowego typu Custom Publishing ewoluowała do agencji marketingu cyfrowego, wyspecjalizowanej w Content Marketingu. Musiałem rozłożyć tę ewolucję na kilka lat ze względu na ograniczony budżet na pozyskanie nowych kompetencji, nowych pracowników z obszaru marketingu i nowych klientów

Znalazłem wyróżnik, który zadecydował o sukcesie: Content Marketing, wykorzystując przy swój największy atut, jakim było doświadczenie z dużych mediów przeniesione do mniejszej struktury.

Sprzedałem agencję w 2016 r., po czym przez pół roku grałem w golfa, by trochę odetchnąć po morderczym tempie pracy w agencji. Tu wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie. Ledwo rozwiążesz jakiś problem, a już pojawia się następny, później kolejne, i tak w kółko. 

Teraz znów zajmuję się doradztwem, szkoleniami i pisaniem, ale nie wykluczam powrotu do mediów.

Z perspektywy czasu, ten świat jest mi najbliższy i tu czuję się najlepiej. 

1 komentarz:

Adam Stach pisze...

Świetny tekst, dzięki! :-) Dziennikarstwo spsiało, to fakt, chociaż istnieją jeszcze rzetelni dziennikarze, jak np. Rafał Jeleń.