5.8.08

Pięć sposobów jak zaistnieć politycznie w internecie


Barack Obama to dla polskich polityków niedościgniony wzór politycznego sukcesu w internecie.


Co robią, albo raczej czego nie robią polscy politycy w internecie, by zaskarbić sobie sympatię potencjalnych wyborców? Jak politycy mogą wykorzystać serwisy społecznościowe? Na czym polega strategia polityczna on line Baracka Obamy? To tematy, o których rozmawialiśmy dziś rano w porannej audycji w radiu Tok FM.

Moim zdaniem, internet i marketing polityczny on line pozostaje ciągle dla większości polskich polityków czarną magią. Polscy politycy nie rozumieją, nie doceniają potęgi internetu i boją się go, gdyż albo z niego nie korzystają w takim stopniu jak ich wyborcy, albo mają złych doradców.

Oto pięć rad jak na trwałe zaistnieć politycznie w internecie:
  1. Pogodzić się raz na zawsze z faktem, że internet jest z natury rzeczy chaotyczny i niekontolowalny. Tak, wiem, że to trudne. Ale tak jest. Trzeba zaakceptować reguły gry panujące w necie, totalnie różne od tych w świecie polityki: chaos, decentralizacja, samoorganizacja, zbiorowa inteligencja (i niestety - zbiorowa głupota) oraz absolutny brak kultu wodza, tak obecnego w rzeczywistym życiu politycznym. Co to oznacza? Trzeba chcieć i móc oddać władzę w ręce internautów, jak Barack Obama. Internauci z serwisu społecznościowego Facebook sami zrobili mu kampanię wyborczą tworząc oddolnie grupy lokalne, lub niszowe (np. studenci). Ryzyko jest, oczywiście. Sztab wyborczy Johna Edwardsa w Second Life został doszczętnie zdewastowany przez wandali, a francuski Front Narodowy został w tym wirtualnym świecie zbombardowany... różowymi świnkami. Nie wspomnę nawet o drobnych złośliwościach w stylu seria kąśliwch wideo na YouTube ośmieszających Segolene Royale.

  2. Zrozumieć, że internet żyje 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. W internecie nie ma ani przerwy, ani prime time. Tłumaczenie Anity Błochowiak, cytowanej przez „Rzeczpospolitą", że jej strona internetowa nie jest aktualizowana, bo jej informatyk jest na urlopie jest absurdalne. Po co komu informatyk do komunikowania w internecie? Nie ma sensu inwestować w jakiekolwiek narzędzie komunikacji politycznej w internecie jeśli się nie ma ludzi i czasu na prowadzenie swojej strony internetowej i odpowiadanie na komentarze internautów. Nic więc dziwnego, że polscy internauci nie zauważają obecności polityków w sieci. Jak wynika z badań przeprowadzonych we wrześniu 2007 roku przez Millward Brown SMG/KRC - tylko 8% internautów odwiedziło w ciągu tego roku stronę jakiejś partii politycznej, a jedynie 4% przeczytało blog prowadzony przez polityka. To już nie amatorszczyzna, to katastrofa! Warto zainwestować w prawdziwych specjalistów od marketingu politycznego w internecie, tylko, że jak takich w Polsce nie znam, a Wy?

  3. Budować swoją sieć, etap po etapie, jak w realu. Nie wystarczy otworzyć bloga i czekać, aż internauci sami do niego przyjdą. Sami nie przyjdą. Blog to początek, nie koniec internetowej prospekcji. Polscy politycy nie rozumieją, że w internecie nie wystarczy zamarkować swoją obecność w przeddzień wyborów. Tu trzeba stać się jego częścią, głeboko zanurzyć się w cyberprzestrzeń, by móc czerpać z tego polityczne benefity, jak Barack Obama czy Nicolas Sarkozy. A być częścią internetu oznacza przypomnieć sobie, że internet to przede wszystkim... sieć. Sieć połączeń ludzkich i elektronicznych (linki, RSS-y...). Im gęstsza, tym skuteczniejsza. W dużym uproszczeniu: im więcej linków, tym większe szanse na zaistnienie na pierwszej stronie wyników Google. Dla Page Rank Google jeden link z Wikipedii, czy z Knola, jest wart więcej niż setki innych linków. Niezbędna jest strategia długotrwałej obecności w necie, a nie kilka pojedyńczych strzałów, bo ich skutki są nietrwałe. Liczy się viral factor, czyli potencjał wirusowy danego tematu, materiału wideo czy mini-aplikacji stworzonej na potrzeby jednego z etapów kampanii politycznej. Znakomicie zrozumiał to Michał Jaros z Wrocławia, który po mistrzowsku wykorzystał internet w swojej kampanii wyborczej w 2007 roku.

  4. Zidentfikować i „opanować" punkty zborne i główne skrzyżowania internetu, jakimi są na przykład portale, jak Onet.pl, serwisy społecznościowe jak Nasza-Klasa.pl, polityczne podwórka w stylu Salon24.pl, czy blogi prowadzone przez nieformalnych liderów opinii, których w Polsce jest już całkiem sporo. To tygle, w których kipią emocje, krystalizują się poglądy i rodzą się liderzy opinii. Trzeba tam otworzyć swoje konta, nieraz zainicjować i często popierać grupowe profile fanów, które same, bez niczyjej pomocy, mogą wywołać efekt kuli śnieżnej. I zrobią to lepiej niż zawodowi marketingowcy, tak samo często zagubieni w internecie jak ich polityczni klienci. Dobrze wyczuła to Hanna Gronkiewicz-Walz, która prowadziła - skromną - część swojej kampanii politycznej w walce o prezydenturę Warszawy w serwisie społecznościowym Grono.net. Z politycznego punktu widzenia, opłaca się poświęcić czas na inteligentną komunikację w serwisach niszowych: kobiecych, katolickich, kulinarnych etc. Tak, wiem, że tego jest strasznie dużo. To normalne, Internet - choć wirtualny - stanowi dziś rzeczywistą część naszej tożsamości i życia społecznego.

  5. Zapomnieć o banerach, bo i tak nikt w nie nie klika. Dziś trzeba używać narzędzi komunikacji marketingowej ery web 2.0. Odradzam podcasty, czyli regularne audycje w formie mp3. Są ciągle mało popularne. Warto natomiast postawić na blog (dla tych, którzy potrafią pisać, jak Ryszard Czarnecki czy Marek Jurek). Google kocha blogi, bo mają konstrukcję prostą i błyskawicznie zrozumiałą dla wyszukiwarki. Zachęcam też do stworzenia vloga, czyli wideo-blog, ale tylko dla tych, którzy dobrze się czują przed kamerą. Tylko nie róbcie tak jak Jarosław Kaczyński, który po nagraniu jednego materiału - będącego nota bene jego anty-reklamą - zapadł się jak kamień w wodę, albo jak Kaziemierz Chrzanowski, niedoszły kandydat do Sejmu z Krakowa, najsztywniejsza postać polskiego politycznego netu. Warto też zainwestować w wideo i otworzyć kanał na YouTube. Off course, Gordon Brown ma swój kanał na YouTube. Bogaci szczęściarze, jak Nicolas Sarkozy, otworzą sobie własną web TV. Francuski prezydent ma już 9 kanałów telewizyjnych w necie, w tym 3 dedykowane jego konferencjom prasowym i przemówieniom. I wreszcie, koniec z nudą i wszechobecnym sztywniactwem! Język w internecie musi być trochę bardziej luźny, bardziej zbliżony do potocznego.

Co jeszcze możemy doradzić naszym politykom?

> Wiedzieć więcej:

3 komentarze:

Marek Miller (eM) pisze...

Witaj Krzysztofie, cieszę się, że widzę znów ruch na tym blogu :)

Dobry temat. Dobrze by było, gdyby polscy politycy zaczęli od tego o czym piszesz, a co jeszcze można im doradzić? To już poszczególne narzędzia w necie. Sztab Obamy np. zrobił furorę logując się na Twitterze (ponad 53,000 obserwujących), dlaczego nie wykorzystać w Polsce Blipa (odpowiem sobie, może jeszcze za mało użytkowników)?

No i jeszcze polecę tylko jeden tekst z "New York Timesa" - John Culberson, reprezentant Republikanów, który bardzo wczuwa się w web 2.0 i buduje swoją popularność na, jakbby nie patrzeć, idei dziennikarstwa obywatelskiego. Jest przez to bliżej wyborców.

Patryk pisze...

Dużo lepszym przykładem niż Obama jest Ron Paul. http://www.usatoday.com/news/opinion/columnist/raasch/2007-11-08-raasch_N.htm

Anonimowy pisze...

Jak ktos chce zaistniec to niech idzie sladem Rona Paula http://www.ronpaul.org/ tym bardziej ze jest to wedlog statystyk najpopularniejszy polityk w srod internautow w stanach. Inna sprawa ze jako kandydat na prezydenta jest praktycznie zbanowany w mainstreamowycg mediach.
Dlatego z pomoca korporacji, kart chipowych i propagandy (tak jak w przypadku Busha) Obama wygral. Tylko nam jeszcze o tym nie zakomunikowano.

http://video.google.com/videoplay?docid=4463776866669054201