21.8.08

Index Copernicus podpisuje umowę z Google

Notowana na rynku New Connect Spółka Akcyjna Index Copernicus International* podpisała umowę z amerykańską firmą Google Inc. Przedmiotem umowy jest współpraca w zakresie digitalizacji czasopism naukowych na potrzeby specjalistycznej wyszukiwarki Google – Google Scholar.

Celem współpracy jest udostępnienie mało znanych wyników badań i prac naukowych, które do tej pory pozostają zamknięte w drukowanych wersjach czasopism składowanych na półkach bibliotek i wydawców, są zatem w zasięgu bardzo wąskiego kręgu osób.

W ramach porozumienia Index Copernicus będzie pozyskiwał czasopisma z całego świata, które – po ich ocenie - będą przekazywane do Google. Zdigitalizowana i zindeksowana treść tych czasopism będzie ogólnodostępna w serwisach Google (Google, Google Scholar, Google Books) oraz w Index Copernicus.

Google współpracuje z wieloma wydawnictwami na świecie. W ramach współpracy digitalizacja jest bezpłatna dla wydawcy czasopisma, a wszystkie koszty z tym związane pokrywa Google.

Index Copernicus prognozuje, że na skutek podpisanej umowy nastąpi znaczący wzrost popularności jego serwisów dla wydawców czasopism naukowych oraz zwiększenie zainteresowania platformą gromadzącą czasopisma i umożliwiającą ich ocenę.

Google Scholar jest darmowym, specjalistycznym serwisem internetowym Google służącym do przeszukiwania publikacji z różnorodnych dyscyplin i źródeł: prac naukowych, książek, opracowań i artykułów, wydawnictw akademickich, wydawnictw organizacji i stowarzyszeń naukowych.

Index Copernicus S.A. to spółka notowana na New Connect od kwietnia 2008 r. Inwestorem strategicznym Index Copernicus wkrótce zostanie Platforma Mediowa Point Group, notowana na głównym parkiecie warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych, jedna z najszybciej rozwijających się polskich firm w segmencie medialno-wydawniczym i marketingowo-reklamowym, działającą również na rynku nowych mediów i nowych technologii. Obie spółki podpisały już porozumienie inwestycyjne.

Index Copernicus jest platformą globalnej współpracy naukowej. Jej użytkownikami jest ponad 300 tys. naukowców na całym świecie. Index Copernicus służy również ewaluacji badań naukowych oraz karier akademickich. Platforma IC stanowi też nieocenioną pomoc przy aplikowaniu o granty oraz realizacji projektów badawczych.

W 2007 roku spółka wprowadziła do sieci platformę VRG (Virtual Research Group) zintegrowaną z IC Scientists do wykorzystania we współpracy z międzynarodowymi koncernami farmaceutycznymi przy badaniach klinicznych leków. Obecnie finalizowany jest proces połączenia Index Copernicus z firmą Mediapolis, która specjalizuje się w technologii Web 2.0. oraz dostarczaniu e-contentu, prowadzi również działalność wydawniczą w zakresie custom publishing.

> Wiedzieć więcej:

* Rzadko piszę na blogu o moich sprawach zawodowych, ale niecodziennie zdarza się podpisywać umowę z Google.

11.8.08

Tradycyjne media też boją się Knola, rywala Wikipedii, stworzonego przez Google

Czy wszyscy boją się Knola, internetowej encyklopedii uruchomionej przez Google 23 lipca 2008 roku? Najpierw przestraszyła się go Wikipedia. Teraz o swoich obawach mówią tradycyjne media, które coraz bardziej zaczynają postrzegać go jako konkurenta.

Pisze o tym „New York Times", cytując m. in. wypowiedź Jasona Calacanisa, twórcy i szefa Mahalo, wyszukiwarki opartej na pracy dziennikarzy:

„Google może mówić, że nie jest firmą tworzącą kontent, ale jeżeli płaci za teksty, ich dystrybucję i archiwizację, będzie mu coraz trudniej bronić tej tezy".


Google broni się podkreślając, że nie chce nabywać praw autorskich do tekstów, i że nie ma zamiaru, ani posiadać, ani tworzyć treści, a rzecznik Google Gabriel Stricker przypomina, że rolą Google jest tylko „organizować informację".

Google rzeczywiście organizuje świat informacji, z impetem i determinacją. Nie ma praktycznie dnia bez wiadomości o tym co zrobił, co robi, lub co zrobi Google. Jeżeli wierzyć „Wired Magazine", Google boją się prawie wszyscy.

Niekończąca się lista projektów i produktów stawia Google w sytuacji czołowej konkurencji z większością internetowych gigantów, od Yahoo do Amazon, przez eBay i Microsoft, nie mówiąc już o tradycyjnych mediach, z prasą codzienną na czele.

> Wiedzieć więcej:

10.8.08

Yahoo Olympics bije na głowę skromny, olimpijski mashup Google


Yahoo Olympics bije wszystkich na głowę pod względem informacji o Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie. To najbardziej atrakcyjny z portali o Beijing 2008. Dzięki partnerstwu z Eurosport.com, Yahoo oferuje najwięcej informacji, zdjęć i wideo. Pod względem ergonomii i design, to wzór do naśladowania dla innych. Próżno jednak szukać tu mashupó'w (technika polegająca na łączeniu kilku serwisów w jeden) z Yahoo Maps. Czyżby Yahoo kompletnie odpuściło rywalizację z Google w segmencie map stawiając na kontent?


W porównaniu z Yahoo, Google wypada bardziej niż blado. Uruchomił co prawda mashup pod nazwą 2008 Summer Games oferujący różne usługi i narzędzia: Mapy, Kalendarz, Gadżety do iGoogle, wyszukiwarka... Ich wspólnym mianownikiem jest to, że należą do Google. Mam wrażenie, że skromniutka witryna Google bardziej służy do promocji jego narzędzi, niż do czegoś innego. Google uruchomił też kanał wideo w należącym do niego YouTube, ale - przynajmniej na razie - nie ma tam nic szczególnie interesującego.



Podobają mi się natomiast mashup'y w Google Earth, gdzie można oglądać obiekty sportowe w 3D, jak na przykład Stadion Narodowy (powyżej).




Z polskich serwisów, najbardziej przypadł mi do gustu Sport.pl (poniżej). Jest dla mnie bardziej przejrzysty niż Sports.pl, ma ciekawe blogi z relacjami z Pekinu, a także blog Po Bandzie (sport bez cenzury).

> Wiedzieć więcej:

9.8.08

Jakie są usługi i narzędzia w serwisach społecznościowych



The conversation prism - to tytuł
infografiki pokazującej różne kategorie usług i narzędzi, jakie składają się na web społecznościowy (social web), w tym serwisy społecznościowe. Umożliwiają one interakcję i tworzenie społeczności. Autorami tej grafiki znalezionej na blogu Mashable są Brian solis i Jesse Thomas.

Microsoft potwierdza teorię sześciu stopni oddalenia

Świat jest naprawdę mały, wystarczy w sumie sześć osób, by dotrzeć do obojętnie jakiej osoby na świecie. Microsoft potwierdził kilka dni temu powszechnie znaną, ale uważaną za nie do końca sprawdzoną teorię sześciu stopni oddalenia, którą spopularyzował szybki rozwój serwisów społecznościowych.

Dwa lata zajęła specjalistom z Microsoft analiza 30 miliardów rozmów wykonanych w 2006 roku przez 180 milionów użytkowników komunikatora Microsoft Live Messenger. Badacze z Microsoftu nie czytali wiadomości z Messengera, tylko skupili się na odtworzeniu sieci połączeń między użytkownikami tworzącymi sieć społeczną. Stwierdzili oni, że wystarczy średnio 6,6 osób, by dotrzeć do obojętnie kogo na świecie.

„Według naszej wiedzy, po raz pierwszy udało się potwierdzić w skali globalnej teorię sześciu stopni oddalenia" - powiedział, cytowany przez AFP, Eric Horvitz, który prowadził te badania z Jure Leskovecem.

Teoria sześciu stopnie oddalenia (lub separacji) opiera się na badaniu amerykańskiego socjologa Stanley Milgrama. W 1967, Milgram przeprowadził oryginalne doświadczenie („small world experiment"): poprosił 300 osób z Nebraski o wysłanie listu do kogoś w Bostonie za pośrednictwem znajomego. Okazało się, że wystarczy średnio w sumie 6,2 osób, by znaleźć kogoś w drugim stanie.

„Krytycy koncepcji sześciu stopni separacji argumentują, że eksperyment Milgrama nie wykazał istnienia połączenia między ludźmi, a 'sześć stopni' jest miejską legendą powstałą w środowiskach akademickich" - czytamy w Wikipedii.

Doświadczenie Milgrama zostało poddane w wątpliwość w 2006 r. przez psycholog
Judith Kleinfeld, która odkryła, że aż 95% listów nigdy nie dotarło do odbiorców.

Co ciekawe, sama koncepcja sześciu stopni pojawiła się po raz pierwszy w opowiadaniu „Łańcuchy" węgierskiego pisarza i dziennikarza Frigyes Karinthy z 1929 roku. Karinthy twierdził, że każdy z nas może dotrzeć do drugiej osoby idąc po łańcuszku nie więcej niż pięciu pośredników.

Teoria sześciu stopni zainspirowała sztukę teatralną o tej samej nazwie (1990 r.), film z Willem Smithem i Donaldem Sutherlandem (1993 r.), grę internetową, oraz społecznościowy serwis charytatywny SixDegrees.org stworzony przez aktora Kevina Bacona. Jeden z pierwszych serwisów społecznościowych na świecie, działający w latach 1997-2001, nazywał się także SixDegrees.com.

Gazeta.pl nie zmieni nazwy na Pegaz.pl

Portal Gazeta.pl nie będzie zmieniał nazwy na Pegaz.pl - potwierdził mi jeden z szefów portalu. Plotki na ten temat krążą w Warszawie po tym jak Agora ogłosiła w połowie lipca, że będzie teraz promować witrynę „Gazety Wyborczej" - Wyborcza.pl. Pegaz to nazwa, która wygrała w konkursie na nazwę witryny internetowej „Gazety Wyborczej" w latach 90.

Gazeta.pl jest czymś więcej niż tylko portalem, jest społecznością. O naszej wyjątkowości decydują w ostatecznym rozrachunku nasi użytkownicy. Udało nam się zainteresować ludzi dojrzałych, ciekawych świata, najczęściej pracujących, szukających w Internecie wiarygodnego miejsca, w wieku powyżej średniej, posiadający wykształcenie i dochody znacznie powyżej średniej, jak dla i tak dobrze wykształconych i zamożnych internatów" - czytamy na stronach „O nas" w Gazeta.pl.


Dla przeciętnego internauty, Gazeta.pl kojarzyła się z „Gazetą Wyborczą". Mało kto wiedział, że Gazeta.pl miała swoją własną, autonomiczną redakcję, mającą niewiele wspólnego z redakcją prestiżowego dziennika, i swoją własną strategię. „Problemem Gazety.pl był ciężar opiniotwórczości Gazety Wyborczej i jej „styropianowe dziedzictwo”. Przy coraz bardziej rozrywkowym charakterze portalu nie przystawały one do linii gazety" - tłumaczył, cytowany przez „Rzeczposolitą", Rafał Oracz, szef firmy doradczej CR Media Consulting.

„Jak ostatnio zapowiedział Marek Sowa, prezes Agory, Gazeta.pl ma wywalczyć pozycję trzeciego portalu w kraju. Gra toczy się o wielkie pieniądze. Onet.pl, najpopularniejszy portal w Polsce (należący do TVN), miał w ubiegłym roku aż 162 mln zł przychodu. Te liczby będą szybko rosły, bo perspektywy dla branży internetowej w Polsce są bardzo optymistyczne. Dzieje się tak przede wszystkim dzięki lawinowo rosnącym wydatkom na reklamę w Internecie, na której głównie zarabiają portale. W zeszłym roku rynek e-reklamy w Polsce był wart ponad 740 mln zł i ma rosnąć w tempie kilkunastu procent rocznie" - czytamy w „Rzeczpospolitej".
> Wiedzieć więcej:

Francuzi kochają serwisy społecznościowe

Francuzi kochają serwisy społecznościowe, z których namiętnie korzystają, by dzielić się swoją pasją, lub odnaleźć znajomych- potwierdza nowe badanie instytutu Médiamétrie, cytowane dziś przez ZDNet.fr.

Ok. 5,2 miliona Francuzów zarejestrowało się w serwisach społecznościowych jak Facebook czy MySpace w drugim kwartale 2008 r. Oznacza to wzrost 14% w stosunku do poprzedniego kwartału.

Jak wynika z badań:
  • W sumie, 15,9% francuskich internautów jest zarejestrowanych w serwisach społecznościowych.
  • Co drugi korzysta z nich, żeby dzielić się z innymi swoją pasją i dyskutować o swojej ulubionej muzyce, czy sporcie.
  • Ponad połowa poszukuje znajomych ze szkoły, lub byłą sympatię.
  • 60% szuka informacji o imprezach (koncerty, wystawy...) i o możliwościach spędzenia wolnego czasu.

Publiczność serwisów społecznościowych jest młoda. Co trzeci internauta korzystający z takiego serwisu jest w wieku 15-24 lata. Ponad 60% to mężczyźni.

> Wiedzieć więcej:

Google rzuca wyzwanie Wikipedii

„Rzeczpospolita" pisze dziś o najnowszym serwisie Google - Knol. W tekście pod tytułem „Internetowy gigant rzuca wyzwanie najpopularniejszej sieciowej encyklopedii", dziennik stwierdza, że „Knola od Wikipedii odróżniają intuicyjny sposób obsługi i inna metoda kontroli publikowanej treści".

„W Knolu narzędzia są przystosowane do jednego użytkownika. Chodzi o większy związek autora z tekstem. Obok materiału pojawi się profil twórcy. Google zachęca też do publikacji personaliów i kwalifikacji. Ma to uwiarygodnić materiał oraz wyeliminować manipulacje treścią, jak było w przypadku Pentagonu, Sony czy Watykanu. W Knolu każdy sam decyduje o kształcie tekstów, choć autor może dopuścić ich edycję przez innych użytkowników" - czytamy w „Rzeczpospolitej".

> Wiedzieć więcej:

6.8.08

Facebook głosuje na Baracka Obamę


Gdyby o wynikach wyborów prezydenckich w USA decydowali użytkownicy serwisu społecznościowego Facebook, Barack Obama wygrałby w cuglach. Zebrał on prawie 1,3 mln głosów, siedem razy więcej niż drugi na liście, John McCain (191.000 zwolenników).

Na trzecim miejscu plasuje się Hillary Clinton (161.000), na czwartym - Ron Paul (93.000), a na piątym - Michelle Obama, żona Baracka (63.000).

Jak Obamie udało się aż tak zdystansować konkurentów? O strategii internetowej Baracka Obamy, który już na rok przed pierwszymi prawyborami uruchomił własny serwis społecznościowy - my.BarackObama, ciekawie pisze Michał Kolanko na blogu USA 2008. Porównuje on oryginalną kampanię on line Obamy i bardziej tradycyjną prowadzoną przez Hilary Clinton.

> Wiedzieć więcej:

Facebook głosuje na Baracka Obamę


Gdyby o wynikach wyborów prezydenckich w USA decydowali użytkownicy serwisu społecznościowego Facebook, Barack Obama wygrałby w cuglach. Zebrał on prawie 1,3 mln głosów, prawie dziewięć razy więcej niż drugi na liście, John McCain (191.000 zwolenników).

Na trzecim miejscu plasuje się Hillary Clinton (161.000), na czwartym - Michelle Obama, żona Baracka (63.000), a na piątym - Ron Paul (93.000).

Jak Obamie udało się aż tak zdystansować konkurentów? O strategii internetowej Baracka Obamy, który już na rok przed pierwszymi prawyborami uruchomił własny serwis społecznościowy - my.BarackObama, ciekawie pisze Michał Kolanko na blogu USA 2008. Porównuje on oryginalną kampanię on line Obamy i bardziej tradycyjną prowadzoną przez Hilary Clinton.

5.8.08

Strategia Agory w internecie to tworzyć i zapychać nisze

„Puls Biznesu" pisze dziś o strategii Agory w internecie i zastanawia się po co takiemu koncernowi adres kaszalot.pl czy biot.pl? Żeby się rozepchnąć albo i potknąć - odpowiada Karol Jedliński w tekście pod tytułem „Agora ma 400 adresów". Ma nie tylko adresy, ale też do wydania prawie miliard zł.

Takie serwisy jak plotek.pl, popcorner.pl czy politbiuro.pl niekoniecznie zarabiają na siebie. Uważam, że nie muszą, przynajmniej na razie. Mają przynosić ruch, przyciągać nowych użytkowników, blokować rozwój konkurencji, a później zapadnie decyzja co dalej. To klasyczna strategia stosowana od lat przez dużych wydawców w prasie, jak np. Bauer w segmencie TV-guidów.

Myślę, że to siła i plan Agory w sieci, zapychać nisze i je kreować. Jednocześnie podejmuje ryzyko klapy. Przecież nawet dla największych światowych graczy internet to Nowa Ameryka i poruszają się w nim nieco na wyczucie. Dlatego słowo „porażka” wśród internetowych graczy nie szokuje. To codzienność.

Problem w tym, że część inwestorów, nerwowo reagujących na takie wieści, nie nadąża za Agorą. To nie jest już tradycyjny wydawca. To bardziej internetowy gracz, tzw. pure player, wydający drukowany dziennik, o czym nie wszyscy drobni giełdowi ciułacze wiedzą. Może czas na lepszą komunikację z zagubionymi akcjonariuszami?

> Wiedzieć więcej:

Pięć sposobów jak zaistnieć politycznie w internecie


Barack Obama to dla polskich polityków niedościgniony wzór politycznego sukcesu w internecie.


Co robią, albo raczej czego nie robią polscy politycy w internecie, by zaskarbić sobie sympatię potencjalnych wyborców? Jak politycy mogą wykorzystać serwisy społecznościowe? Na czym polega strategia polityczna on line Baracka Obamy? To tematy, o których rozmawialiśmy dziś rano w porannej audycji w radiu Tok FM.

Moim zdaniem, internet i marketing polityczny on line pozostaje ciągle dla większości polskich polityków czarną magią. Polscy politycy nie rozumieją, nie doceniają potęgi internetu i boją się go, gdyż albo z niego nie korzystają w takim stopniu jak ich wyborcy, albo mają złych doradców.

Oto pięć rad jak na trwałe zaistnieć politycznie w internecie:
  1. Pogodzić się raz na zawsze z faktem, że internet jest z natury rzeczy chaotyczny i niekontolowalny. Tak, wiem, że to trudne. Ale tak jest. Trzeba zaakceptować reguły gry panujące w necie, totalnie różne od tych w świecie polityki: chaos, decentralizacja, samoorganizacja, zbiorowa inteligencja (i niestety - zbiorowa głupota) oraz absolutny brak kultu wodza, tak obecnego w rzeczywistym życiu politycznym. Co to oznacza? Trzeba chcieć i móc oddać władzę w ręce internautów, jak Barack Obama. Internauci z serwisu społecznościowego Facebook sami zrobili mu kampanię wyborczą tworząc oddolnie grupy lokalne, lub niszowe (np. studenci). Ryzyko jest, oczywiście. Sztab wyborczy Johna Edwardsa w Second Life został doszczętnie zdewastowany przez wandali, a francuski Front Narodowy został w tym wirtualnym świecie zbombardowany... różowymi świnkami. Nie wspomnę nawet o drobnych złośliwościach w stylu seria kąśliwch wideo na YouTube ośmieszających Segolene Royale.

  2. Zrozumieć, że internet żyje 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. W internecie nie ma ani przerwy, ani prime time. Tłumaczenie Anity Błochowiak, cytowanej przez „Rzeczpospolitą", że jej strona internetowa nie jest aktualizowana, bo jej informatyk jest na urlopie jest absurdalne. Po co komu informatyk do komunikowania w internecie? Nie ma sensu inwestować w jakiekolwiek narzędzie komunikacji politycznej w internecie jeśli się nie ma ludzi i czasu na prowadzenie swojej strony internetowej i odpowiadanie na komentarze internautów. Nic więc dziwnego, że polscy internauci nie zauważają obecności polityków w sieci. Jak wynika z badań przeprowadzonych we wrześniu 2007 roku przez Millward Brown SMG/KRC - tylko 8% internautów odwiedziło w ciągu tego roku stronę jakiejś partii politycznej, a jedynie 4% przeczytało blog prowadzony przez polityka. To już nie amatorszczyzna, to katastrofa! Warto zainwestować w prawdziwych specjalistów od marketingu politycznego w internecie, tylko, że jak takich w Polsce nie znam, a Wy?

  3. Budować swoją sieć, etap po etapie, jak w realu. Nie wystarczy otworzyć bloga i czekać, aż internauci sami do niego przyjdą. Sami nie przyjdą. Blog to początek, nie koniec internetowej prospekcji. Polscy politycy nie rozumieją, że w internecie nie wystarczy zamarkować swoją obecność w przeddzień wyborów. Tu trzeba stać się jego częścią, głeboko zanurzyć się w cyberprzestrzeń, by móc czerpać z tego polityczne benefity, jak Barack Obama czy Nicolas Sarkozy. A być częścią internetu oznacza przypomnieć sobie, że internet to przede wszystkim... sieć. Sieć połączeń ludzkich i elektronicznych (linki, RSS-y...). Im gęstsza, tym skuteczniejsza. W dużym uproszczeniu: im więcej linków, tym większe szanse na zaistnienie na pierwszej stronie wyników Google. Dla Page Rank Google jeden link z Wikipedii, czy z Knola, jest wart więcej niż setki innych linków. Niezbędna jest strategia długotrwałej obecności w necie, a nie kilka pojedyńczych strzałów, bo ich skutki są nietrwałe. Liczy się viral factor, czyli potencjał wirusowy danego tematu, materiału wideo czy mini-aplikacji stworzonej na potrzeby jednego z etapów kampanii politycznej. Znakomicie zrozumiał to Michał Jaros z Wrocławia, który po mistrzowsku wykorzystał internet w swojej kampanii wyborczej w 2007 roku.

  4. Zidentfikować i „opanować" punkty zborne i główne skrzyżowania internetu, jakimi są na przykład portale, jak Onet.pl, serwisy społecznościowe jak Nasza-Klasa.pl, polityczne podwórka w stylu Salon24.pl, czy blogi prowadzone przez nieformalnych liderów opinii, których w Polsce jest już całkiem sporo. To tygle, w których kipią emocje, krystalizują się poglądy i rodzą się liderzy opinii. Trzeba tam otworzyć swoje konta, nieraz zainicjować i często popierać grupowe profile fanów, które same, bez niczyjej pomocy, mogą wywołać efekt kuli śnieżnej. I zrobią to lepiej niż zawodowi marketingowcy, tak samo często zagubieni w internecie jak ich polityczni klienci. Dobrze wyczuła to Hanna Gronkiewicz-Walz, która prowadziła - skromną - część swojej kampanii politycznej w walce o prezydenturę Warszawy w serwisie społecznościowym Grono.net. Z politycznego punktu widzenia, opłaca się poświęcić czas na inteligentną komunikację w serwisach niszowych: kobiecych, katolickich, kulinarnych etc. Tak, wiem, że tego jest strasznie dużo. To normalne, Internet - choć wirtualny - stanowi dziś rzeczywistą część naszej tożsamości i życia społecznego.

  5. Zapomnieć o banerach, bo i tak nikt w nie nie klika. Dziś trzeba używać narzędzi komunikacji marketingowej ery web 2.0. Odradzam podcasty, czyli regularne audycje w formie mp3. Są ciągle mało popularne. Warto natomiast postawić na blog (dla tych, którzy potrafią pisać, jak Ryszard Czarnecki czy Marek Jurek). Google kocha blogi, bo mają konstrukcję prostą i błyskawicznie zrozumiałą dla wyszukiwarki. Zachęcam też do stworzenia vloga, czyli wideo-blog, ale tylko dla tych, którzy dobrze się czują przed kamerą. Tylko nie róbcie tak jak Jarosław Kaczyński, który po nagraniu jednego materiału - będącego nota bene jego anty-reklamą - zapadł się jak kamień w wodę, albo jak Kaziemierz Chrzanowski, niedoszły kandydat do Sejmu z Krakowa, najsztywniejsza postać polskiego politycznego netu. Warto też zainwestować w wideo i otworzyć kanał na YouTube. Off course, Gordon Brown ma swój kanał na YouTube. Bogaci szczęściarze, jak Nicolas Sarkozy, otworzą sobie własną web TV. Francuski prezydent ma już 9 kanałów telewizyjnych w necie, w tym 3 dedykowane jego konferencjom prasowym i przemówieniom. I wreszcie, koniec z nudą i wszechobecnym sztywniactwem! Język w internecie musi być trochę bardziej luźny, bardziej zbliżony do potocznego.

Co jeszcze możemy doradzić naszym politykom?

> Wiedzieć więcej:

3.8.08

Wikipedia boi się Knola stworzonego przez Google


Po półrocznym okresie testów, Google uruchomił 23 lipca 2008 r. nowy serwis o nazwie Knol. To encyklopedia internetowa, jak Wikipedia, ale o charakterze społecznościowym.

Knol także bazuje na tzw. User Generated Content, z tą jednak różnicą, że stawia on na wiedzę tworzoną i kontrolowaną przez ekspertów, których artykuły - jak na blogu - mogą być komentowane przez innych internautów. Inaczej mówiąc, Google chce promować tu Expert Generated Content.

Nazwa Knol pochodzi od pierwszych liter słowa knowledge (ang. wiedza) i końcówki z mole (ang. jednostka miary). Oznacza jednocześnie artykuły publikowane w serwisie (knol = a unit of knowledge). „Podziel się tym co wiesz. Napisz Knola” - zachęca slogan. „Write a knol" brzmi - nie przez przypadek - jak „Write a note" (Napisz notatkę).

Sam Knol ma na razie mało artykułów. Są to głównie specjalistyczne teksty o tematyce bio-medycznej, np. o syndromie metabolizmu czy infekcji dróg moczowych, gdyż Google zaprosił lekarzy do współpracy w okresie testów. Poprzeczka jest więc ustawiona wysoko jeśli chodzi o poziom merytoryczny knoli.

Jak informuje Wikipedia, koncepcja Knola zostala zdefiniowana po raz pierwszy 13 grudnia 2007 r. na oficjalnym blogu Google, przez jednego z wice-prezesów Google, Udi Manbera, ktory pisał o promowaniu autorów. Manber uważa, że:
„(...) poznanie tożsamości autorów tekstów pomoże użytkownikom w znaczący sposób w lepszym korzystaniu w zasobów internetu". [Google chciałby, aby] knole dotyczyły wszystkich tematów, od koncepcji naukowych do informacji medycznej, od geografii do historii, rozrywki, instrukcji i produktów".

Czym różni się Knol od Wikipedii?

Oto, w mojej ocenie, pięć podstawowych różnic między Knolem, a Wikipedią:
  1. Wikipedia, która jest jedną z najczęściej odwiedzanych witryn na świecie, bazuje na hasłach redagowanych w dużej mierze przez anonimowych autorów. To jeden z najczęściej stawianych zarzutów pod adresem Wikipedii.

    Knol stawia na specjalistów, najlepiej z nazwiskiem, jak w serwisach Yahoo Answers, Squidoo czy Mahalo, by zwiększyć wiarygodność publikowanych treści, a może też przy okazji ograniczyć ilość treści o charakterze marketingowych i propagandowym, jakie pojawiają się w Wikipedii. Każdy artykuł w Knolu może mieć jednego, lub kilka autorów. Każdy może opublikować knola (Knol is open to everyone).

    Artykuły publikowane są w oparciu o licencję Creative Commons, która zezwala na kopiowanie i dystrybucję tekstu pod warunkiem, że cytowany jest jego autor. W USA, Knol może sprawdzić czy tekst nie był uprzednio opublikowany w innym miejscu.

  2. W Wikipedii, opartej o mechanizm wiki, każdy tekst może być zmodyfikowany przez internautów, ale o opublikowaniu modyfikacji decydują tzw. moderatorzy. W rezultacie, hasła są dziełem wielu autorów o niezidentyfikowanych kompetencjach, co piętnują krytycy Wikipedii.

    W Knolu, jak na blogu, to autor tekstu jest moderatorem i decyduje o tym czy opublikuje sugerowane modyfikacje i kto może jego tekst modyfikować. „W ten sposób autorzy tekstów będą mieli pełną kontrolę nad publikacją, którą firmują własnym nazwiskiem" - uważają przedstawiciele Google, cytowani w Internet Standard. „Your knol, your voice" - czytamy w informacji o funkcjach serwisu na stronach Knola.

    Internauci mają możliwość oceny tekstów przez komentarze i ranking, w którym mogą przyznać od 1 do 5 gwiazdek. Według Wikipedii, Google pracuje obecnie nad mechanizmem recenzji naukowej (ang. peer review), którego celem jest ocena naukowej zawartości danego utworu. Recenzentami mają być specjaliści w danej dziedzinie wybrani ze środowiska naukowego.

  3. W Wikipedii obowiązuje, przynajmniej teoretycznie, zasada konsensusu i neutralności. Panuje tu prosta reguła: jeden temat, jeden artykuł, wielu anonimowych autorów. W Knolu, jeśli ktoś nie zgadza się z tezą jakiegoś artykułu, albo uważa go za niekompletny, moze opublikować swój tekst na ten sam temat.

    Tu obowiązuje więc zasada: jeden temat, wiele artykułów, ale każdy sygnowany przez jednego, lub kilku nieanonimowych autorów. Taki pluralistyczny system jest z natury rzeczy bardziej otwarty na debaty i dyskusje, co oznacza, że wokół tematów mogą tworzyć się grupy, czyli społeczności o podobnych kręgach zainteresowania. Stąd termin, którego użyłem na początku tego wpisu: encyklopedia internetowa o charakterze społecznościowym.

  4. W Wikipedii, która jest zarządzana przez fundację, autorzy piszą za darmo. W Knolu, który jest przedsięwzięciem komercyjnym, autorzy mogą zadecydować czy chcą, by na stronach ich tekstów wyświetlały się reklamy kontekstowe Google AdSense. Jeżeli tak, Google podzieli się z nimi przychodami z reklamy w proporcjach, które jeszcze nie zostały określone.

  5. Jako przedsięwzięcie o charakterze niekomercyjnym, Wikipedia nie buduje relacji handlowych z mediami czy ze światem biznesu. A Knol już oferuje na przykład swoim autorom darmowe ilustracje z „New Yorkera", co jest formą promocji dla tego magazynu. Google rozszerzy prawdopodobnie umowę jaką podpisał z „New Yorkerem" na innych wydawców.

    Specjalistyczny blog Mashable jest przekonany, że Google chce zarabiać na Expert Generated Content: „W rzeczywistości, Knol mniej przypomina społeczność, która redaguje artykuły w celu budowania swojego autorytetu, jak Wikipedia, a bardziej platformę stworzoną w celu uzyskania zysków ze słów kluczowych".
Wikipedia boi się Knola

Knol jest ewidentnie zagrożeniem dla Wikipedii. Nowa witryna Google może o wiele szybciej niż na przykład Citizendium stać się pierwszą poważną alternatywą dla Wikipedii, a nawet zagrozić stabilizacji finansowej największej encyklopedii on line na świecie.

Teraz, kiedy wpisujemy jakieś słowo do Google, są duże szanse, że Wikipedia pojawi się na samej górze pierwszej strony wyników. Co będzie jeśli Knol wyprze Wikipedię z pole position?

Florence Devouard, prezes WikiMedia Foundation, nie kryje swoich obaw. Uważa ona, że Knol stanowi prawdopodobnie największe zagrożenie w historii Wikipedii. W rozmowie z „Liberation" mówi ona:
„Dziś 50% naszego ruchu pochodzi od Google. Jeżeli będziemy mieli widoczni w internecie, ryzykujemy utratę naszych rzadkich źródeł finansowania (dary). Wikipedia utrzymuje się za niewielkie pieniądze, a 60% budżetu idzie na utrzymanie serwerów. Google wielokrotnie próbował namówić nas na dzielenie się przychodami z reklamy [której Wikipedia obecnie nie ma na swoich stronach]. Zawsze mówiliśmy nie. Wyobrażam sobie jaki to musi być dla nich ból kiedy patrzą na nasz traffic, który nic nie przynosi. Dzięki Knolowi, Google chce wyłapać część tego ruchu".


Byłoby naiwne sądzić, iż Gogle nie wykorzysta swojej monopolistycznej pozycji w internecie, by promować Knola, tak jak to robi - jak sugerują niektórzy - w przypadku swojego YouTube. Choć Google broni się przed oskarżeniami o stronniczość swojego algorytmu Page Rank i obiecuje absolutną bezstronność, hasła z Knola będą prawdopodobnie wyskakiwać przed hasłami z Wikipedii w wynikach wyszukiwania.

Do takich wniosków doszedł m. in. Danny Sullivan z Search Engine Land, który kilka dni po uruchomieniu Knola porównał wyniki wyszukiwań haseł z obu serwisów. Z jego analizy wynika, że aż 33% haseł z Knola już teraz plasuje się wyżej na pierwszej stronie wyników, niż te same hasła z Wikipedii.

Rewolucja kulturalna w stylu Google

Google i Wikipedia konkurują już ze sobą bezpośrednio od pewnego czasu. Hiszpański dziennik „El Pais" pisał niedawno o rywalizacji obu gigantów w prestiżowym konkursie Fundacji Księcia Asturies w kategoriii komunikacja i nauki humanistyczne. Wygrał Google za „gigantyczną rewolucję kulturalną", którą zainicjował.

Ale ta rewolucja kulturalna w stylu Google nie wszystkim się podoba. Cytowany przez Wikipedię analityk Henry Blodget, ostro krytykuje Google na swoim blogu Sillicon Alley Insider:
„Google używa tej samej metody co Microsoft: wziąć od kogoś dobry pomysł, zrobić jeszcze lepiej i uruchomić walec drogowy rywalizacji. Ostatnie znalezisko: Knol - killer Wikipedii i About.com".

Nie zapominajmy jednak, że Google tak samo często, albo nawet częściej, kupuje inne firmy (
jak na przykład Blogger, Writely - przemianowany na Google Docs, czy YouTube), co sam je tworzy, Tak czy owak, cel oczywiście pozostaje niezmienny.

Dla Jacka Schofielda, publicysty „The Guardian", Google jest konkurencją nie tylko dla Wikipedii, ale w ogóle dla wszystkich mediów (o czym nota bene piszę na blogu od 2005 r. np. Tajemniczy dokument o strategii Google krąży w internecie). Schofield uważa, że
Knol jest atakiem na cały przemysł mediowy. Autorzy nie muszą już korzystać z pośrednictwa różnych wydawców. Mogą po prostu opublikować swój tekst, bezpośrednio w miejscu udostępnionym przez Google".
Atak na wielu frontach

Obserwuję od kilku lat z jaką determinacją Google kontynnuje mutację z prostej, klasycznej wyszukiwarki nie tylko w dom mediowy, ale też w wydawcę treści multmedialnych. Nie próbuje on jednak tworzyć informacji sam, jak na przykład Yahoo, a „tylko" udostępnia swoje narzędzi do publikacji treści: Blogger, Google Docs, Google Reader, Google Page Creator, iGoogle, Picasa Web Albums, YouTube...

Same narzędzia są w większości przypadków darmowe, do korzystania z nich wystarczy otworzyć konto w Google, a sam Google zaszywa w nich reklamy kontekstowe AdSense, by zarobić na tym pieniądze. Jak to ładnie określa Svetlana Gladkowa w tekście Knol for Google, It Is Not Evil, It Is Business na blogu Profy.com, Google zmienia się w „zintegrowanego operatora" (full-cycle company) będącego w stanie dostarczyć platformę (Knol), przychody (AdSense) i kanał dystrybucji (Search).

Google jest ostatnio wszechobecny. Wprowadził nową wersję Google Trends, uruchomił platformę mobilną Android, kilka tygodni temu zaatakował Second Life otwierając swój własny wirtualny świat Lively... Potworny, gargantuiczny apetyt. Jak to się skończy? Czy in fine zyskamy na tym, czy stracimy? Ja nie wiem, a Wy?